Hortex to kolejny gigant, który bierze przykład z małych spożywczych producentów i poszerza ofertę o soki nie z koncentratu (NFC). Na razie ostrożnie, wprowadzając kilka produktów.

— Rynek NFC dojrzał. Kiedyś była to nisza, dziś to już ponad 320 mln zł, co oznacza podwojenie w ciągu ostatnich dwóch lat. Branża zaczynała od dużych kartonów z kranikiem i smaku jabłkowego, teraz my dokładamy inne formaty i smaki, widząc tu duży potencjał wzrostu — mówi Tomasz Kurpisz, prezes Horteksu.
Duzi, czyli kłopoty małych
Pierwsze wersje tłoczone soków mają już Maspex i Sokpol, nie ma ich Fortuna, inny z dużych graczy. Niedawno pisaliśmy, że część mniejszych firm myśli o wycofaniu się z rynku, sporo linii produkcyjnych jest na sprzedaż, bo zrobiło się za ciasno. Narzekają nawet tacy doświadczeni producenci jak Krzysztof Maurer z Tłoczni Maurer, jeden z pionierów tej kategorii na naszym rynku.
— Kłopoty małych zaczęły się, gdy pojawili się duzi, którzy — co oczywiste — chcą zdobyć solidny kawałek rynku. Ten z jednej strony dynamicznie się rozwija, ale z drugiej — nie jest w stanie pomieścić nieskończonej liczby producentów. Już widać walkę cenową, której część z nich nie wytrzyma. Jednocześnie soki NFC to około 20 proc. kategorii soków, co nie jest sufitem, w niektórych europejskich krajach dochodzą do 60 proc. — komentuje Julian Pawlak, prezes Krajowej Unii Producentów Soków. Tomasz Kurpisz również przekonuje, że choć na tle innych narodów Europy soków, nektarów i napojów spożywamy całkiem dużo, to przestrzeni jest sporo.
— Cały rynek soków, nektarów i napojów owocowych odbudował się wreszcie po wielu latach spadków. Udział w tym miały m.in. właśnie tego typu produkty, bo napoje owocowe, przede wszystkim z ekonomicznej półki, tracą na popularności. Tymczasem przeliczając na jednego mieszkańca, spożycie z całej kategorii soków, nektarów, napojów wychodzi nam 80 ml dziennie, co też wygląda zachęcająco, jeżeli chodzi o potencjał wzrostu — dodaje szef Horteksu.
Przeczekać gorszy czas
Firma zwiększa moce produkcyjne m.in. pod kątem soków tłoczonych — wzrosną o około 60 proc. w tym roku rozliczeniowym (który trwa dla spółki od czerwca do maja). W sumie na inwestycje wyda 50 mln zł, podobnie jak w zeszłym, trudnym dla grupy roku.
— Zakończył się niewielką stratą przy przychodach na poziomie ponad 940 mln zł. Wynik obciążyła sprzedaż w Rosji i restrukturyzacja w przejętym przez nas Renie — twierdzi Tomasz Kurpisz. Oba biznesy wiążą się z drugą gałęzią grupy — mrożonkami. W Rosji po wprowadzeniu embarga Hortex zaczął zlecać produkcję na miejscu z surowców importowanych z krajów nieobjętych nim.
— Surowce kupujemy za euro, a towar sprzedajemy w rublu, który mocno się osłabiał. Sprzedaliśmy na miejscu około połowy wolumenów z czasu sprzed zamknięcia rosyjskiego rynku, ale na tym nie zarobiliśmy. W tym roku rozliczeniowym sytuacja wygląda już lepiej. Wierzymy, że to może być przyszłościowy biznes, więc przy nim trwamy — tłumaczy szef Horteksu. Ren to przejęty w zeszłym roku silny na Mazowszu dystrybutor mrożonek, który przez ostatnie kilkanaście miesięcy przechodził restrukturyzację.
— Spółka była w bardzo trudnej sytuacji finansowej, dokapitalizowaliśmy ją 30 mln zł, zmienił się zarząd, system pracy itd. Na razie nie zamierzamy dokładać do niej kolejnych dystrybucyjnych spółek, ale będziemy rosnąć organicznie — mówi Tomasz Kurpisz. W kwietniu tego roku w tle pojawił się spór z byłymi właścicielami Renu. Zadeklarowali, że odstępują od umowy sprzedaży, bo Hortex nie zapłacił całej ustalonej kwoty. Hortex odpowiada, że wykonał wszystkie warunki umowy. Sprawa toczy się w sądzie.
— Na początku zdeorganizowało to funkcjonowanie spółki, ale teraz działa normalnie. Żaden z dostawców nie odstąpił od współpracy z nami — zaznacza Tomasz Kurpisz. Tymczasem mrożone warzywa i owoce, na które wydajemy około 800 mln zł rocznie, to coraz ciekawszy segment rynku. Branżowi eksperci od wielu lat wróżą mu wielki wzrost, a ostatnio przyśpieszył — w ciągu 12 miesięcy zakończonych w maju urósł wartościowo o ok. 7 proc., wolumenowo niewiele mniej. © Ⓟ