I love my office na Targówku

Karol JedlińskiKarol Jedliński
opublikowano: 2013-02-22 00:00

Marek Kapuściński, prezes Procter & Gamble na Europę Środkową, jest dumny z siedziby firmy. Pracownicy mają m.in. siłownię, pokój gier, technologiczne bajery, a do tego odjechany design. Ale w tym wszystkim i tak najważniejsza jest praca.

Jeszcze przed wejściem za bramki, za którymi kryją się największe atrakcje i sekrety Procter & Gamble (P & G) w Polsce, wzrok przykuwają dwie tablice. Pamiątkowe, z otwarcia fabryki przez Lecha Wałęsę w 1994 r. i regionalnej siedziby przez Johna Peppera, ówczesnego prezydenta P & G International, bez którego determinacji nie byłoby tego koncernu w naszej części Europy. „Piłkarski zespół Brazylii w biznesie” — głosi komplement na tablicy. Jak tu jej nie sfotografować, choćby komórką?

— Ale halo, halo, proszę pana, nie wolno fotografować, nie ma pan pozwolenia. Dopiero je wystawiamy — stanowczo protestuje recepcjonistka zza stołu. Tu jest globalny koncern, firma z top 10 amerykańskiego biznesu. Organizacja mająca 176 lat doświadczeń — miliardy zysków, dziesiątki tysięcy pracowników, lata wzrostu. To jej daje wyjątkową siłę, choćby do bezbolesnego wprowadzania własnej kultury organizacyjnej, dopracowanej w każdym detalu. Przy wejściu każdy gość dostaje dwie plakietki i miniprzewodnik: mapkę kilkuhektarowego terenu, porady (m.in. gdzie jest defibrylator) oraz wykaz nakazów i zakazów, w tym dotyczący fotografowania.

Homo da Vinci

Gospodarzem siedziby P & G na warszawskim Targówku jest Marek Kapuściński, który dwa lata temu został szefem nowej struktury koncernu, skupiającej 9 krajów z Europy Środkowej. Gabinetu nie ma, na całym świecie w tej korporacji pracownicy (a więc i prezesi) siedzą w open space. Marek Kapuściński na swoich dwudziestu metrach otwartego placu urządził się całkiem, całkiem.

Otwarty zakątek. Prezes Marek Kapuściński nie narzeka na brak własnego gabinetu. Twierdzi, że w Procter & Gamble dominuje gra zespołowa i przestrzeń ma w tym pomagać.

— Na widoku staram się mieć zawsze najnowsze produkty poszczególnych marek. Do tego pojawiło się sporo pamiątek związanych z igrzyskami, bo od 2010 r. jesteśmy oficjalnym partnerem Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego — tłumaczy Marek Kapuściński.

Są też echa pasji prezesa: artystycznych (zdjęcia śpiewaczek operowych), społecznych (harcerska rogatywka, studencki biret) i intelektualnych (mosiężny model tzw. homo vitruvianus, człowieka wpisanego w kwadrat i okrąg autorstwa Leonarda da Vinci) oraz prezenty od pracowników (m.in. grafika, na której prezes jedzie na… tubce pasty do zębów). Dlatego nie dziwi wyeksponowany tom „What Really Matters” Johna Poppera, uwiecznionego na tablicy przy wejściu. Ale co w biblioteczce robi „Sprawa honoru” o Dywizjonie 303?

— Około 30 proc. pracowników biura w Warszawie nie pochodzi z Polski. Im może być trudno zrozumieć naszą mentalność. Cytaty ze „Sprawy honoru” przydają się przy tłumaczeniu zawiłości polskiej duszy — wyjaśnia Marek Kapuściński.

Star Trek kusi

Zarządcą biura jest Jones Lang LaSalle, który dba, by we wnętrzach nie było bałaganu ani prowizorki. Każde stanowisko, sala, punkt mają unikatowy numer. W kuchni czekają stosy czystych kubków z nadrukiem „I love my office”. To nie czcza propaganda: wielu jest takich, którzy w kolorowych biurach P & G zakochali się na zabój. Dlatego światło wyłączane jest późnym wieczorem, choć perspektywa spędzenia nocy w sali konferencyjnej ustylizowanej na wnętrze statku kosmicznego, jaki znamy ze „Star Treka” (serio!), kusi, by zostać jeszcze dłużej. Jest i sala da Vinci ze stołem inspirowanym projektem maszyny latającej włoskiego geniusza oraz pomieszczenia poświęcone markom P & G, np. Always — jego ściany są wyłożone włochatym niebieskim futerkiem. Ceniący spokój pracują w sali ciszy, gdzie rozmowy i komórki są zakazane. Do myślenia pobudzają tam wielkie podobizny m.in. papieża Jana Pawła II i Dalajlamy z anglojęzycznym hasłem: „To co robimy, jest właściwe, i walczymy o to”.

— Moje doświadczenia z tego typu wnętrzami jest jednoznaczne: inspirują. Zresztą taki cel wyznaczyliśmy młodym polskim projektantom, autorom tych rozwiązań — mówi prezes. Potem prowadzi nas do pokoju odpoczynku, czyli de facto rozrywek (m.in. z konsolą, sprzętem do miksowania muzyki i karaoke), salonu masażu i centrum fitness. W siłowni pierwsi chętni pojawiają się już o 6 rano. Ostatnia atrakcja to kilkusetmetrowy korytarz prowadzący do działu produkcji. I tu nie brakuje technologicznego bajeru: na podłodze wyświetlają się kolejne daty z historii firmy, zamieniające korytarz w muzeum historii starszej (ekran ze starymi reklamówkami i zdjęcia założycieli firmy) i nowszej (np. pierwszy laptop w polskim oddziale) P & G. Po godzinie wracamy do wyjścia i do teraźniejszości. Stojąca przy bramkach tablica z celami i wynikami sprzedażowymi linii kosmetyków do włosów przypomina, że tu się nie przychodzi odpoczywać.

Walizeczka z nieśmiałością

W korytarzu z historyczną ekspozycją dokonań P & G w Polsce zwraca uwagę gustowna walizeczka z zestawem do demonstracji możliwości podpasek Always. Wtedy to, w latach 90., pierwsze kroki w koncernie stawiał Marek Kapuściński, odpowiedzialny m.in. za markę podpasek z kultowym do dziś hasłem „z pewną taką nieśmiałością”.