Początek kolejnego tygodnia w trakcie jednego z bardziej upalnych letnich miesięcy okazał się mało optymistyczny. Zgodnie z moimi piątkowymi założeniami rynek poszukiwał kolejnych poziomów wsparcia. Na jednej sesji został ustalony jednocześnie dołek, jeżeli chodzi o kurs otwarcia, kurs minimalny i kurs zamknięcia. Nie wróży to najlepiej. Dodatkowo szczątkowe obroty na rynku akcji, znacznie mniejszy wolumen obrotu na kontraktach w stosunku do ostatnich sesji może świadczyć, że z tych rejonów główne indeksy giełdowe nie prędko się podniosą.
Ta dość nudnawa sesja na kontraktach terminowych, jak na ostatnie czasy, rozpoczęła się od 1160 pkt. W ciągu pierwszych dwudziestu minut rynek ustalił swoje dzienne maksimum – 1165 pkt. Od tej wartości nastąpiły dwie fale spadków. Pierwsza jeszcze przed 10.00, kurs kontraktów spadł do 1156 pkt., druga już po otwarciu rynku spotowego zatrzymana została dopiero przy 1153 pkt. Wszystko to rozegrało się w ciągu dwóch pierwszych godzin. Po 11.00 nastąpiło powolne odrabianie strat. W południe futuresami handlowano już w cenie piątkowego zamknięcia. Resztę sesji ogarnął marazm i dopiero przed samym jej końcem, najpierw szarpnęło w dół, a potem do góry. Zamknięcie ostatecznie wyniosło 1160 pkt.
Jutrzejsza sesja wydaje się, że będzie wyglądać podobnie. Rynek z jednej strony nie chce już spadać, w końcu już tyle spadł, z drugiej zaś nie ma aż tak dużo wolnej gotówki, która by z chęcią dokapitalizowała akcje polskich przedsiębiorstw. W efekcie możemy być przez jakiś czas w impasie i w stagnacji. Ponownie mogą powrócić czasy, że ruch dziesięciopunktowy na kontraktach będzie wszystkim, na co stać polską giełdę.
Paweł Gołębowski