Jak kupować dzieła sztuki? Najbardziej spektakularny sposób to aukcja. Ale uważajmy na reguły!
W listopadzie 2000 r., w obecności ekipy telewizyjnej, Daniel Olbrychski zniszczył szablą kilka zdjęć, będących częścią wystawy Piotra Uklańskiego „Naziści” w warszawskiej Zachęcie. Protestował przeciw wykorzystaniu „nazistowskiego” wizerunku i jego samego, i kolegów aktorów — bez komentarza, że tylko wcielali się w filmowe role. Po incydencie wystawę zamknięto, decyzją Kazimierza Ujazdowskiego, ministra kultury i dziedzictwa narodowego. No i jej krajowa kariera się skończyła.
Ale… W październiku 2006 r. ekspozycję wystawiono na londyńskiej aukcji w Philips de Pury & Company. Za 164 fotosy gwiazd światowego kina w niemieckich mundurach, amerykański kolekcjoner zapłacił 568 tys. funtów szterlingów, czyli około 3,3 mln zł!
Praca Piotra Uklańskiego stała się tym samym najdroższym dziełem sztuki współczesnej polskiego autora.
Licytujemy!
Ograniczenia wywozu dzieł sztuki starszych niż 55 lat powodują, że klasyką sztuki polskiej handluje się głównie nad Wisłą. Nic dziwnego. Twórczość z danego kraju sprzedaje się najlepiej w tym właśnie państwie.
— Chodzi o kanon kulturowy, wyniesiony z domu i szkoły. Jeśli nawet ktoś nie rozpozna obrazu Józefa Chełmońskiego, to gdy usłyszy, że to Chełmoński, od razu usytuuje go w swoim systemie wartości — zaznacza Konrad Szukalski z Agry Art.
Najciekawsze prace, rzecz jasna, trafiają na aukcje. To proste: zazwyczaj właściciel dzieła może dzięki temu uzyskać najwyższą cenę.
— Ludzie deponujący u nas obiekt zastrzegają często, że — zanim trafi on do sprzedaży galeryjnej — ma być licytowany na aukcji — informuje Michał Maksymiuk, współwłaściciel antykwariatu Nautilus, wyspecjalizowanego w aukcjach grafiki.
Dzięki aukcji nabywca ma względnie dużą pewność, że kupiony przez niego przedmiot nie jest obarczony wadą — np. nie jest falsyfikatem lub też nie pochodzi z kradzieży. Pewności nie ma, ale przedaukcyjna prezentacja przedmiotu w drukowanym katalogu i internecie zmniejsza ryzyko wpadki.
Zasady są różne
Aby wziąć udział w aukcji jako nabywca, należy wcześniej potwierdzić tożsamość i wpłacić wadium. W Polsce standardem jest 500-1000 zł. W części domów aukcyjnych, kupujący przed licytacją zgłasza też (anonimowo) numer interesującego go obiektu. I tylko takie przedmioty aukcjoner wyczytuje. Nie zawsze podoba się to potencjalnym sprzedawcom (uważają, że dzieło niewyczytane nie wzięło udziału w aukcji).
W Polsce firmy handlujące sztuką próbowały wprowadzić kiedyś tzw. ceny rezerwowe. Sprowadzają się do tego, że licytację zaczyna się grubo poniżej minimalnej ceny, za którą właściciel jest skłonny sprzedać obiekt. A zatem mimo znacznego przebicia ceny wywoławczej może on być niesprzedany, gdyż nie osiągnął ceny rezerwowej. Na Zachodzie to reguła powszechnie akceptowana. W Polsce gdy —mimo przebicia ceny wywoławczej — aukcjoner mówił: „niesprzedane”, dochodziło do awantur. Przyjęło się zatem, że cena wywoławcza to minimalna cena sprzedaży. Ale tak naprawdę nabywca musi się liczyć z dopłatą 5-10 proc. wylicytowanej ceny dzieła — tytułem prowizji domu aukcyjnego. Zdarza się też, że chęć finalizowania transakcji kartą kredytową powoduje konieczność zapłaty kolejnych 3 proc. dodatkowo.
Prezentacja przedmiotów w czasie licytacji odbywa się albo przez wnoszenie oryginałów, albo przez projekcję ich zdjęć z rzutnika. Podbijać cenę można osobiście, przez telefon lub zostawiając zlecenie zakupu domowi aukcyjnemu. Zlecenie zakupu domowi aukcyjnemu oznacza, że jego pracownik licytuje w imieniu klienta — do ustalonej wcześniej stawki. Ponieważ wysokość postąpień jest określona przed aukcją, nie ma obaw, że będzie nadmiernie podbijał cenę tylko po to, by dom aukcyjny zgarnął wyższą prowizję.
Ale najwięcej uroku ma oczywiście osobisty udział w aukcji.
— Wejście do licytacji nie może budzić wątpliwości, dlatego wiąże się z wyraźnym podniesieniem numerka. Później możemy się porozumiewać kiwnięciem głowy, podniesieniem długopisu czy mrugnięciem oka. Gdy wiem, że ktoś wszedł do licytacji, będą to dla mnie zrozumiałe sygnały — wyjaśnia Piotr Lengiewicz, prezes Rempeksu.
— Zdarza się, że gdy ktoś wachluje się numerkiem, to licytator — pół żartem pół serio — mówi: proszę się nie wachlować, bo może to pana drogo kosztować — dodaje Adam Chełstowski, dyrektor Galerii Marszałkowskiej w Desie Unicum.
A potem do galerii
Gdy nikt nie zgodzi się zapłacić za obiekt ceny wywoławczej, bywa, że w niektórych domach aukcyjnych stosuje się aukcję holenderską, czyli schodzenie z ceną w dół. Zgłoszenie takiej oferty przez zainteresowanego kupnem nie jest jednak tożsame z dobiciem targu, jak w przypadku licytacji od ceny wywoławczej w górę. To tylko oferta dla sprzedającego, którą przekaże mu później dom aukcyjny, a właściciel przedmiotu może ją naturalnie przyjąć lub nie.
Niesprzedane obiekty trafiają z reguły do sprzedaży galeryjnej. Tam też odbywa się większość obrotu pracami młodych artystów. I nimi też warto się interesować. Dlaczego? Przeczytacie państwo na kolejnych stronach. l
