Indeksy GPW ocalały dzięki wystąpieniu Bena Bernanke

Włodzimierz Uniszewski
opublikowano: 2008-02-27 17:45

GPW  wciąż nie może przerwać kręgu niemocy. Od początku tygodnia Wig20 spada, dyskontując kiepskie dane makroekonomiczne płynące codziennie z USA.

Problem w tym, że amerykańscy inwestorzy wcale się nimi nie przejmują, a po wczorajszej serii fatalnie wyglądających wskaźników zafundowali sobie kolejny, trzeci z rzędu pokaźny wzrost indeksów. Nawet jeśli amerykańską gospodarkę męczy choroba, nie wiadomo dlaczego akurat GPW jest tym najbardziej przejęta.

Także dzisiaj warszawscy gracze musieli powtórzyć dobrze im już znaną lekcję. Po kolejnej zwyżce za Atlantykiem mogli liczyć na choćby częściowe odrobienie strat z wtorku, kiedy GPW okazała się najsłabszym rynkiem Europy. Początek sesji upłynął pod znakiem ostrożnego optymizmu, ale z każdą minutą optymizmu ubywało, a ostrożności było coraz więcej. Bardzo szybko cała poranna zwyżka wyparowała, a indeksy weszły na ścieżkę męczącej konsolidacji.

Tym razem także rynki europejskie zachowały rezerwę wobec amerykańskiej minihossy po pokonaniu prze dolara symbolicznego poziomu 1,50 USD za euro. Co gorsza, przez całą dzisiejszą sesję dolar nie przestawał słabnąć i właśnie pokonał barierę 1,51 za jednostkę wspólnej waluty. Konsekwencje raptownego spadku wartości dolara były widoczne gołym okiem – ropa i metale szlachetne biły rekordy. Z kolei europejscy przedsiębiorcy nerwowo przeliczali swoje prognozy zysków, widząc jak obniża się cenowa atrakcyjność ich wyrobów. Nie poprawiła im humoru wypowiedź przedstawiciela EBC, która sugerowała brak woli obniżenia stóp procentowych w strefie euro z powodu napięć inflacyjnych.

Warszawska giełda z całkowitą obojętnością przyjęła popołudniową decyzję RPP o podniesieniu stóp procentowych. Dopiero nieco później nowa fala wiadomości zza Atlantyku wyrwała rynki z drzemki, choć dla GPW oznaczało to niestety kolejną porcję strat. Kilka amerykańskich spółek, m.in. hipoteczny gigant Fannie Mae, opublikowało wyniki poniżej oczekiwań, a zamówienia na dobra trwałego użytku spadły bardziej niż oczekiwano, sugerując pogłębienie tendencji recesyjnych w amerykańskim przemyśle. Z kolei o godz. 16 okazało się, że sprzedaż nowych domów spadła czterokrotnie więcej, niż się spodziewano.

Wig20 znalazł się pod presją podaży i walczył o ocalenie wsparcia na psychologicznie ważnym poziomie 3000 pkt. Na szczęście amerykańscy inwestorzy znowu wykazali się szaleńczym wręcz optymizmem i przyjęli kolejny zestaw złych wieści ze spokojem, licząc że przemawiający wkrótce w Kongresie Ben Bernanke zadeklaruje wolę dalszego obniżania ceny pieniądza. Tak się rzeczywiście stało, dzięki czemu początkowa korekta za oceanem miała ograniczony zasięg i szybko się zakończyła.

Bernanke nie powiedział nic oryginalnego, ale o dziwo takie ogólniki jak ten o potrzebie podejmowania adekwatnych kroków w celu zapewnienia wzrostu gospodarczego zdopingowały inwestorów do kupna akcji. Wygląda na to, że właśnie teraz przyłączają się do trendu najbardziej ostrożni właściciele gotówki, którzy czekali dotąd bezskutecznie na głębszy dołek. Bernanke dał mimo wszystko do zrozumienia, że inflacja jest dla Fed nadal na drugim planie. Nic dziwnego. Fed walczy bowiem nie tylko ze spowolnieniem gospodarczym ale przede wszystkim z kryzysem kredytowym. Musi za wszelką cenę zapewnić wzrost nominalnego PKB o co najmniej 5 proc. w skali roku, bo taki jest warunek umożliwiający obsługę zadłużenia w gospodarce. Skoro realny składnik nominalnego PKB szybko spada, wyższa inflacja pomoże przynajmniej tymczasowo rozwiązać problem płynnej regulacji zobowiązań kredytowych. Oczywiście idealnie byłoby mieć jak najwyższy realny składnik PKB i niski deflator, ale jak się nie ma co się lubi... Fed woli z dwojga złego zwiększyć płynność nawet kosztem inflacji, niż doprowadzić do fali niewypłacalności. Rynki zdecydowanie wolą taki liberalny bank centralny i dają temu wyraz, ignorując wskaźniki makroekonomiczne. Kwestią otwartą pozostaje, czy i kiedy na taką optykę przestawią się także warszawscy inwestorzy.