Nasz region bardziej skorzystał na integracji niż Polska
Chociaż odrobiliśmy część straty do średniej unijnej, nadal jesteśmy prawie najbiedniejszymi mieszkańcami Unii.
Polacy, jak mało która nacja w Unii Europejskiej, są zadowoleni z uczestnictwa w niej. Według Eurobarometru aż 73 proc. nas uważa, że Polska zyskała na członkostwie. W naszym regionie tylko Słowacy i Estończycy są bardziej przychylnie nastawieni do Unii. Czy rzeczywiście mamy powody do aż takiego zadowolenia?
Eurodoładowanie
Nie ulega wątpliwości, że pięć lat uczestnictwa w UE było dla naszej gospodarki okresem mocnego przyspieszenia. Rozwijała się w średnim tempie 5,3 proc. rocznie.
— To bardzo wysoka dynamika i z pewnością członkostwo w Unii mocno się do niej przyczyniło. Głównym czynnikiem, który w ostatnich latach napędzał nasz wzrost, był szybko rosnący eksport, co było skutkiem otwarcia europejskiego rynku — uważa Mirosław Gronicki, były minister finansów.
Dzięki temu udało nam się trochę podgonić gospodarkę unijną, co widać po zamożności obywateli. W 2004 r., kiedy wchodziliśmy do Unii, PKB per capita (liczony według parytetu siły nabywczej, który przedstawia ujednolicone dane uwzględniające m.in. różnice cenowe w poszczególnych krajach), w Polsce stanowił 50,6 proc. średniej unijnej. W 2008 r. było to już 55,1 proc. Liczony w ten sposób przeciętny roczny dochód na jednego mieszkańca wzrósł z 11 tys. EUR do 13,8 tys. EUR.
— Korzyści z przystąpienia do Unii zdecydowanie przeważają nad kosztami. Widać tu wpływ funduszy unijnych. W odróżnieniu od pieniędzy budżetowych, są to wydatki w większości inwestycyjne, nie możemy ich przeznaczyć na konsumpcję, jak to robimy z pieniędzmi budżetowymi. Ponadto fundusze z Brukseli wymuszają na polskim rządzie długoterminowe planowanie, co również pozwala efektywniej wydawać pieniądze i modernizować kraj — mówi Rafał Antczak, wiceprezes Deloitte.
Dla chcącego…
Jeśli jednak spojrzymy na wyniki innych krajów naszego regionu, okaże się, że na członkostwie w UE mogliśmy zyskać więcej. Przez ostatnie pięć lat w rankingu zamożności obywateli Unii (mierzonej jako PKB per capita) spadliśmy o dwie pozycje — biedniejsi od nas są już tylko Rumuni i Bułgarzy (wcześniej też Łotwa i Litwa). Co więcej, większość krajów naszego regionu szybciej goni średnią unijną (zob. wykres).
— To pokazuje, że samo uczestnictwo w Unii nie podnosi standardu życia obywateli. Poszczególne kraje muszą jeszcze chcieć z tej szansy skorzystać — uważa Rafał Antczak.
Według danych Eurostatu, największymi wygranymi w ostatnich pięciu latach w Europie Środkowej i Wschodniej są Słowacy. W 2004 r. PKB per capita wynosił 57,4 proc. średniej UE, w 2008 r. było to już 70,2 proc.
— Członkostwo w Unii jest najważniejszą przyczyną sukcesu gospodarczego Słowacji. Ludzie wyraźnie czują poprawę sytuacji materialnej i w dużym stopniu utożsamiają to z przynależnością do UE. Przyjęte na początku 2009 r. euro w dłuższym terminie będzie równie silnym motorem napędowym — mówi Juraj Valachy, ekonomista słowackiego oddziału Raiffeisen Banku.
O tym, że Unia nie jest lekiem na całe zło, świadczy przypadek Węgier. Chociaż w momencie wchodzenia do Unii kraj ten startował z podobnej pozycji co Słowacy, to ostatnie pięć lat przyniosło pogłębianie się różnicy w zamożności między węgierskim społeczeństwem a całą UE. PKB per capita w relacji do średniej unijnej spadł z 63,1 proc. do 61,6 proc.
Nowe rozdanie
Pewne jest jednak, że przez najbliższe pięć lat mapa regionu ulegnie przetasowaniu. Kraje, które dotąd rozwijały się najszybciej, grzęzną teraz najgłębiej w recesji. Chodzi głównie o kraje bałtyckie i Rumunię. Łotwa kilka kwartałów temu rozwijała się w tempie kilkunastoprocentowym rocznie, tymczasem prognozy na 2009 r. mówią o spadku o 12-15 proc. Według wczorajszych danych, PKB Litwy spadł w I kwartale 2009 r. o 12,6 proc. rok do roku.
— Dotychczasowe tygrysy Europy mają dziś ogromne kłopoty. Ich potężny wzrost brał się w ogromnej części z zadłużenia zagranicznego. Polska zachowywała się rozsądniej, dzięki czemu ma szanse wyprzedzić je w najbliższych latach — mówi Mirosław Gronicki.
Tym bardziej że według większości prognoz rynkowych Polsce uda się — jako jedynemu państwu w regionie — utrzymać dodatnie tempo wzrostu gospodarczego. Innymi słowy: inni będą się cofać, a nam powinno udać się utrzymać status quo.
— Prawie cała Unia zanurza się recesji, więc punkt odniesienia zmieni się na naszą korzyść. Na razie kryzys obchodzi się z Polską łagodniej niż z gospodarką całej Unii. Jeśli nic nieoczekiwanego się nie zdarzy, za kolejne pięć lat powinniśmy być wyżej w rankingu zamożności — uważa wiceprezes Deloitte.
okiem eksperta
Andrzej Malinowski
prezydent Konfederacji Pracodawców Polskich
Pięć lat rozkwitu przedsiębiorstw
Pięć ostatnich lat, kiedy przebywaliśmy w Unii Europejskiej, było dla polskiego biznesu okresem rozkwitu. Firmom udało się wejść na wiele zachodnich rynków. Staliśmy się poważnym i szanowanym partnerem, a często nawet zagrożeniem dla tamtejszych firm. Dzięki temu dzisiaj jesteśmy liderem wzrostu gospodarczego w naszej części Europy, co pozwala z dużą dozą optymizmu patrzeć w przyszłość. Od akcesji mocno rozwinął się nasz eksport i bezpośrednie inwestycje zagraniczne w Polsce. Ożywienie akurat w tych obszarach, możliwe tylko dzięki szerszemu otwarciu gospodarki, pokazuje, że wejście w skład UE było słuszną decyzją. Ukoronowaniem procesu integracji z zachodnią Europą byłoby przyjęcie euro. Dopiero wtedy polskie firmy będą mogły w pełni konkurować z firmami, które nie muszą martwić się o zmiany kursów walut.
Ostatnie miesiące pokazały co
prawda, że większe uzależnienie od eksportu ma też swoje negatywne konsekwencje — kiedy słabnie popyt w UE, odczuwa to dotkliwie nasz przemysł. W dłuższej perspektywie korzyści otwartego rynku są jednak większe od kosztów.
Jacek
Kowalczyk