Inwestor nie kupi kota w worku

Arek Krasnodębski,
opublikowano: 2003-05-22 00:00

Przy prywatyzacji polskiego sektora energetycznego popełniono wiele błędów. Najważniejszy z nich to brak klarownych reguł, jednolitych dla wszystkich potencjalnych nabywców spółek z tej branży.

Dlaczego energetyka polska nie kusi inwestorów? Próba odpowiedzi na to pytanie w maju 2003 r. nie jest możliwa bez spojrzenia na całe zagadnienie szerzej niż tylko poprzez pryzmat nieudanych prywatyzacji sektora energetycznego w naszym kraju. Tych nieudanych prywatyzacji, szczególnie ostatnio, jest rzeczywiście sporo.

Jakie są przyczyny takiej sytuacji? W jakim stopniu aktualne problemy prywatyzacji sektora energetycznego to specyfika polska, a w jakim rezultat procesów, które dotknęły branżę energetyczną w skali światowej?

Niewątpliwie faktem jest znaczne ograniczenie planów inwestycyjnych nawet największych światowych koncernów energetycznych, będące konsekwencją pogorszenia ich wyników finansowych. Plany rozwoju ogłoszone nie dawniej niż 3 lata temu przez takich europejskich gigantów energetycznych, jak EdF, Electrabel czy też Vattenfall, zostały w znacznym stopniu okrojone. EdF, który wówczas deklarował wręcz nieograniczony rozwój i umocnienie się na pierwszej pozycji wśród światowych spółek branży energetycznej, poniósł wkrótce wielomiliardowe straty (m.in. ze względu na konieczność utworzenia rezerw na koszty zobowiązań emerytalnych oraz likwidacji elektrowni jądrowych) i w 2002 r. ogłosił decyzję o skupieniu się na rynkach tylko czterech krajów europejskich, wśród których zresztą nie ma Polski. W tym samym niemal czasie doszło do prawie całkowitego wycofania się z Europy koncernów energetycznych ze Stanów Zjednoczonych, które po bankructwie Enronu gremialnie zdecydowały o skupieniu się na rynkach obu Ameryk oraz w mniejszym stopniu Azji Południowo-Wschodniej. Może więc za obecną niewielką atrakcyjność polskiej energetyki odpowiada sytuacja ogólnoświatowa, z czym należy się po prostu pogodzić?

Taka konkluzja byłaby nieuzasadniona. Na niskie zainteresowanie naszym sektorem energetycznym, przekładające się na mało atrakcyjne, zdaniem Skarbu Państwa, oferty cenowe, ciężko pracowaliśmy, aby w końcu odnieść „sukces”.

Główny czynnik wpływający negatywnie na procesy prywatyzacji polskiej energetyki to ich nieprzewidywalność.

W ciągu 4 lat prywatyzacji w energetyce polskiej koncepcje co do tego, kiedy, co i jak prywatyzować, zmieniały się jak w kalejdoskopie. Inwestorom i ich doradcom proponowano kolejno: sprzedaż pakietów mniejszościowych z bardzo odległym w czasie dochodzeniem do pakietu większościowego, sprzedaż pakietu większościowego lub niemal w jednej transzy cały 85-proc. pakiet, którym dysponuje Skarb Państwa. Zdarzało się, że negocjowano miesiącami pakiet np. 35 proc. akcji dla inwestora, a na 48 godzin przed upływem okresu wyłączności negocjacyjnej pozostawiano alternatywę: 25 proc. albo nic.

Podobnie działo się z podwyższaniem kapitału zakładowego prywatyzowanych spółek. Zobowiązanie to, oceniane na początkowych etapach wielu prywatyzacji jako kluczowe, po jakimś czasie potrafiło zniknąć. Można oczywiście założyć, że był to wynik negocjacji między stronami, jednak nawet duże zdolności negocjacyjne potencjalnych kupujących powinny okazać się niewystarczające, aby przekonać sprzedającego, który ma pewność popartą analizami przedprywatyzacyjnymi, że dana spółka rzeczywiście potrzebuje wkładu gotówkowego do kapitału. Jednak w przynajmniej kilku przypadkach upierano się przy podwyższeniu kapitału, aby wykazać dbałość Skar- bu Państwa nie tylko o interesy budżetu, ale także prywatyzowanego przedsiębiorstwa energetycznego.

Dalej, zabrakło zde- cydowania, czy prywatyzować pojedyncze przedsiębiorstwa energetyczne, czy też ich grupy, a także czy już po pierwszym etapie prywatyzacji pozwolić inwestorowi na działania integracyjne — kwestia szczególnie ważka w przypadku przedsiębiorstw podsektora dystrybucji i najwyraźniej na tyle trudna do rozstrzygnięcia, że bilans w czwartym roku prywatyzacji to dwie sprywatyzowane spółki — Stoen i GZE, obie na tyle specyficzne, że jako jedyne nie włączone do jakichkolwiek planów konsolidacji.

Z kolei pierwsza prywatyzacja grupy zakładów energetycznych w podsektorze dystrybucji wielu osobom z branży jawi się jak senny koszmar. Przypomnijmy olbrzymie początkowo, tzn. jeszcze w 2001 r., zainteresowanie ponad 10 podmiotów. Spośród nich po złożeniu ofert wiążących wybrano 4 na tzw. krótką listę. Od lata 2001 r. Skarb Państwa udzielał wyłączności negocjacyjnej najpierw Iberdroli, potem El Dystrybucji, E.ON, ponownie El Dystrybucji i tak do dzisiaj, kiedy w grze pozostało dwóch odważnych: konsorcjum E.ON i Electrabel oraz El Dystrybucja. W tym okresie pomysły na to, ile i jak sprzedawać, czy podwyższać kapitał spółek, kiedy zezwolić na ich skonsolidowanie, zmieniały się wielokrotnie. Warto sobie uzmysłowić, że obecny minister skarbu jest piątą osobą na tym stanowisku, realizującą to przedsięwzięcie.

Jak wynika z danych publikowanych m.in. w „Pulsie Biznesu”, oferty cenowe na G-8 od roku 2001 spadły z poziomu 2 mld EUR do mniej niż 1 mld EUR. Czy wspomniane na początku trudności wielu potentatów branży energetycznej są wystarczającym wytłumaczeniem tej zmiany? Nie, a przynajmniej nie wyłącznie. W przypadku G-8 trudno bowiem przecenić skutki decyzji o wprowadzeniu akcyzy na energię elektryczną. No tak, ale przecież decyzja o wprowadzeniu akcyzy miała rzeczywisty negatywny skutek dla spółek dystrybucyjnych w okresie od marca do końca czerwca 2001, po czym prezes URE zatwierdził nowe taryfy, uwzględniające istnienie podatku akcyzowego. Ale, po pierwsze, pozwolono, aby przedsiębiorstwa energetyczne przez okres całego kwartału prowadziły działalność w sposób uniemożliwiający modyfikacje taryf stosownie do zmieniającej się sytuacji faktycznej, a po drugie pozwolono, aby nastąpiły zmiany prawne, przed którymi ich adresaci nie mogli się zabezpieczyć, gdyż w żaden sposób nie były one przewidywalne. Wracamy więc do nieprzewidywalności reguł ekonomicznych i prawnych.

W jaki sposób potencjalny inwestor będzie się starał zabezpieczyć przed ryzykiem nieprzewidywalności prawa? Albo znajdzie sobie inne niż Polska miejsce do inwestowania, albo uwzględni ryzyko w oferowanej cenie, po prostu ją obniżając. Tak właśnie stało się w przypadku prywatyzacji G-8.

Zabezpieczanie się inwestorów przed ryzykiem nieprzewidywalności prawa oraz reguł rynkowych jest wyraźnie widoczne w toczących się obecnie prywatyzacjach. Należy bowiem pamiętać, że inwestor raz skonfrontowany z niemożliwą do przewidzenia zmianą reguł będzie się już zawsze starał zabezpieczyć przed podobnym ryzykiem w przyszłości. Bo kto jest obecnie w stanie zagwarantować, że akcyza na energię elektryczną nie wzrośnie do 5 groszy za kWh?

Inny problem, który znajduje wyraz w coraz mniejszym zainteresowaniu prywatyzacją naszej energetyki, to szeroko pojęte kwestie pracownicze. Skarb Państwa nie robi zazwyczaj nic, aby przed rozpoczęciem prywatyzacji dokonać restrukturyzacji spółki.

Inwestor widzi zatem elektrownię z załogą liczącą 1500-2000 osób zatrudnionych w jednej spółce, zajmującej się wytwarzaniem prądu. To na inwestora spadnie odium złości i niezadowolenia pracowników, których poprzedni właściciel zapewniał, że spółka ma się świetnie, a którzy dotknięci zostaną skutkami restrukturyzacji, której nie można uniknąć.

Od początku prywatyzacji energetyki inwestorzy prowadzili negocjacje bezpośrednio ze związkami zawodowymi spółki. W roku 2002 ówczesny minister skarbu państwa zaproponował likwidację pakietów socjalnych, albo uchwalenie standardowego pakietu socjalnego, który będzie wiązał wszystkich. Oba te pomysły po jakimś czasie zarzucono i dziś inwestor znów toczy boje ze związkami zawodowymi, a Skarb Państwa spokojnie czeka. Jeden z brytyjskich inwestorów skwitował ten sposób negocjowania pakietu socjalnego porównaniem: to tak, jakbym umówił się z dealerem na zakup samochodu, a potem dowiedział się, że muszę pojechać do innego dealera, aby kupić do tego auta silnik.

Nie najlepszy klimat dla inwestycji w energetykę na świecie zdaje się wskazywać rozwiązanie: wstrzymajmy prywatyzację do lepszych czasów. To jednak również nie jest dobrym rozwiązaniem, bo za kilka lat może nie być co prywatyzować. Wszak nie da się sprywatyzować masy upadłościowej. Kluczowa jest kwestia ustalenia absolutnie klarownych i stabilnych reguł gry, której na imię prywatyzacja. Inwestorzy muszą mieć przekonanie, że warto w naszym kraju nabywać i budować przedsiębiorstwa energetyczne.

Autor jest radcą prawnym z kancelarii Salans