Inwestorzy czekają na raport o bezrobociu za oceanem

Piotr Kuczyński
opublikowano: 2004-02-06 00:00

Jeśli wczoraj w USA była jakaś niespodzianka to tylko taka, że odbicie było bardzo umiarkowane. Słabsze od prognoz tygodniowe dane z rynku pracy i mniejsza niż oczekiwano wydajność pracy w czwartym kwartale nie zachęcały do kupna akcji. Jednak sytuacja techniczna była taka, że spadki nie mogły być kontynuowane. Poza tym wypowiadał się Ben Bernanke (gubernator Fed). Powiedział, że gospodarka wygląda obiecująco i już niedługo będzie produkowała mnóstwo nowych miejsc pracy. Zadziwiający optymizm, ale pojawił się w odpowiednim momencie — przed miesięcznymi danymi z rynku pracy. Powiedział coś jeszcze. Pisałem, że Fed zacznie łagodzić zmianę słownictwa, która wywołała spadki po posiedzeniu FOMC.

Wczoraj zaczął Bernanke. Powiedział, że Fed może być cierpliwy i jeszcze przez kilka miesięcy nie podniesie stóp. Poza tym Wal-Mart i Gap poinformowały, że sprzedaż detaliczna w styczniu była większa od prognoz. Przed dzisiejszym raportem, w sytuacji technicznej błagającej o odbicie i po zachęcających słowach ze strony Fed indeksy powinny były mocno wzrosnąć. A wyszedł z tego jedynie „ząbek”. Niedźwiedzie mają psychologiczną prze- wagę.

Dzisiaj rynki dostaną raport z rynku pracy w USA. Uważany jest za jeden z najważniejszych raportów makro, a jeśli weźmie się pod uwagę to, że na całym świecie trwa bezzatrudnieniowe ożywienie gospodarcze to jego waga jeszcze rośnie. Nie przejmowałbym się tym, co pokaże stopa bezrobocia — sposób pomiaru sprawia, że jest to mało wiarogodny wskaźnik. Najważniejsze jest ile miejsc pracy przybyło w sektorze pozarolniczym. W zeszłym miesiącu inwestorzy byli rozczarowani, bo zatrudnienie zwiększyło się tylko o 1 000 osób — potrzeba 200-300 tys. miesięcznie, żeby bezrobocie nie rosło. Tym razem byki nastawiają się na bardzo optymistyczny raport i mogą mieć rację. W grudniu dane były sztucznie zaniżone przez sezonowe dostosowanie, ale teraz ten proces powinien liczbę nowozatrudnionych zawyżyć. Średnia z dwóch miesięcy będzie tym prawdziwym obrazem sytuacji, ale średnią nikt sobie głowy nie będzie zawracał.

Wiadomo, że jeśli dane będą złe to indeksy zaczną spadać, ale co będzie, jeśli będą bardzo dobre, znacznie lepsze od prognoz? Najbardziej prawdopodobne jest, że nastąpiłby euforyczny początek sesji, mocny wzrost rentowności obligacji, pojawiłyby się obawy o to, że Fed szybciej niż oczekiwano podniesie stopy i koniec sesji może być wcale nie tak „byczy” jak można by było oczekiwać. Wniosek dla inwestorów na naszej giełdzie jest prosty. Jeśli dane będą bardzo dobre to warto zagrać intra-day, ale część zysków trzeba skasować przed końcem sesji. Trzeba też pamiętać o tym, ze dzisiaj rozpoczyna się posiedzenie ministrów finansów grupy G-7. W poniedziałek, jeśli ministrowie zajmą stanowisko w sprawie słabego dolara, może być nerwowo na rynku walutowym.

Z naszym rynkiem jest problem, dlatego że straciliśmy korelację z innymi giełdami. Czeka nas najprawdopodobniej okres niewielkich obrotów i dziwnych ruchów indeksów. Indeks cenowy potwierdzając sygnał kupna nie pozostawia wątpliwości – opłaca się grać na mniejszych spółkach zapominając chwilowo o dużych. Zamknięcie sesji w USA nie mogło mieć wczoraj wpływu na nasz rynek, bo wszyscy zakładali, że nastąpi wyraźny spadek, a do tego DJIA zachował się całkiem spokojnie. Poza tym wszyscy wiedzą, że przed danymi z rynku pracy rynek amerykański powinien zachować się przyzwoicie.

Nie było zagrożenia, więc nadal można było grać na mniejszych spółkach utrzymując duże we względnej równowadze. Mimo że pod koniec sesji rynek osłabł zadziwiające było to, że duże osłabienie złotego (znowu zagrywki spekulantów po medialnych informacjach o planie Hausnera) i nieudana aukcja obligacji nie wywołały poważnego ataku podaży. Z tego można wysnuć wniosek, że trend horyzontalny powinien trwać, ale na poważne wzrosty mają szansę wyłącznie mniejsze spółki.