Inwestorzy grają w trójmiejską grę

Weronika Kosmala
18-05-2015, 00:00

Nowa odmiana gry miejskiej miałaby trzy pola — rynki nieruchomości Gdyni, Sopotu i Gdańska. Wydatki ponosi się stale, a punkty zbiera latem

Strategia inwestorów coraz częściej opiera się na tym, że Trójmiasto to nie jeden organizm, ale trzy różne miasta. Nad zatoką znaleźć możemy i ciemne mieszkanie w dzielnicy poprzemysłowej bez widoku na morze, i wychodzący na plażę apartament z rozległym tarasem. Różnice w cenach widać jednak nie tylko w zależności od standardu, ale też po przekroczeniu granicy miasta — jeśli w nieruchomościowej grze wylosowalibyśmy na przykład Sopot, czekałyby nas największe wydatki, ale też potencjalne zyski na najwyższym poziomie.

RÓŻNICA SKALI:
Zobacz więcej

RÓŻNICA SKALI:

W marcu w Gdańsku czekało na nabywców 13 tys. mieszkań, w Sopocie wystawionych na sprzedaż było mniej niż 2 tys. ARC

Molo podnosi stawkę

Statystycznie, Sopot ciężko byłoby wylosować — ilość nieruchomości oferowanych na sprzedaż jest tam znacznie mniejsza niż w sąsiednich ośrodkach. W marcu w samym Gdańsku czekało na nabywców 13 tys. mieszkań, w Sopocie natomiast wystawionych na sprzedaż było mniej niż 2 tys., wynika z danych grupy Emmerson.

Chociaż tę dysproporcję można próbować tłumaczyć rozmiarami rynków, prawdziwy kontrast pokazują dopiero średnie ceny. Podczas gdy za mkw. gdańskiego mieszkania zapłacimy na rynku pierwotnym około 5,9 tys. zł, stawka w Sopocie wynosi prawie dwa razy więcej, bo 10,7 tys. zł, według danych otoDom.pl. Średnia cena w Gdyni, gdzie oferowanych jest ponad 7 tys. mieszkań, bliższa jest tej gdańskiej, bo mkw. mieszkania kosztowałby nas 6,7 tys. zł. Warto też zwrócić uwagę, że zarówno w Gdyni, jak i w Gdańsku, różnice pomiędzy cenami na rynkach wtórnym i pierwotnym są raczej niewielkie.

To więc kolejne pole, na którym wyróżnia się najmniejszy Sopot — nowe lokale kosztują tam o prawie 2 tys. zł za mkw. więcej niż te szukające kolejnych właścicieli. Wszystko wynika jednak z reguł gry — najnowsze apartamenty mają przecież wyższe ceny niż niewielkie domy z lat 70. z tabliczką „na sprzedaż” w ogrodzie.

Tłok w pustym mieście

Gdyby deptak Bohaterów Monte Cassino można było dowolnie przedłużać, inwestorom jeszcze długo mogłoby go nie wystarczyć. Z kondycji rynku gruntów wynika wyraźnie, że dużej działki praktycznie nie da się kupić natychmiast.

Tymi o największej powierzchni najczęściej dysponuje miasto i chociaż co jakiś czas rozpisywane są kolejne przetargi, liczba dostępnych gruntów publicznych nie zaspokaja popytu nawet w małym stopniu. W odpowiedzi na taką sytuację właściciele małych działek ustanawiają ceny na takim poziomie, że jedyna inwestycja, która może się na nich opłacać, to luksusowe apartamenty z odsprzedażą za ponad 20 tys. zł za mkw.

Poza przetargami władze Sopotu informują też o obserwowanym już od 20 lat trendzie spadkowym w ilości mieszkańców. Nazywając zjawisko komercjalizacją przestrzeni lokatorskiej, analitycy przewidują, że za jakiś czas miasto może kompletnie się wyludnić. Pustki możemy się jednak spodziewać tylko w kategoriach formalnych, bo poza obiektami komercyjnymi kupowane są przecież mieszkania, tyle tylko, że prawie wyłącznie na wynajem.

Letni lokator najwięcej zapłaci

Ogłoszenia wywieszane na balkonach starych domów przestają dziwić, jeśli porównamy średnie miesięczne stawki za wynajem. — Z wynajmu dwupokojowego mieszkania w Sopocie można zarobić na wynajem luksusowego, 100-metrowego apartamentu w sąsiednim mieście, a jeszcze zostanie nam sporo gotówki na pozostałe wydatki — komentuje Andrzej Szparaga z Royal Investment.

Jak wynika z analiz firmy, tylko 9 proc. nowo powstających mieszkań trafia w ręce prywatnych właścicieli, pozostałe natomiast przeznaczone są na odsprzedaż i wynajem, w dodatku głównie krótkoterminowy. Wieloletni najemcy również się zdarzają, na tak nasycony rynek wkroczyły już jednak z sukcesem przedsiębiorstwa obsługujące wynajmowanie prywatnych mieszkań nie na rok, ale na przykład na sezon.

Przyglądając się społecznemu przekrojowi mieszkańców, którzy nie przenieśli się jeszcze ani do Gdańska, ani do Gdyni, zauważyć można, że przeważają wśród nich starsze pokolenia. Potomkowie, otrzymujący mieszkania w spadku, najczęściej decydują się na przeprowadzkę. Decyzję o oddaleniu się tak od rodzinnych murów, jak i nierzadko od miejsca pracy, ułatwia jednak ogólna dobra opinia, jaką ma trójmiejska kolejka.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Nieruchomości / Inwestorzy grają w trójmiejską grę