Inwestycja w piłkę to nie tylko biznes

opublikowano: 18-06-2021, 15:43

Tomasz Stamirowski, partner zarządzający w funduszu Avallon, przejął kontrolę nad Widzewem Łódź. Opowiada, dlaczego się na to zdecydował i jaką ma wizję klubu

Marian Zubrzycki / Forum

„PB”: W funduszu strategia wygląda tak, że kupuje się spółkę, przez pół dekady układa się ją operacyjnie i rozwija, a potem sprzedaje z zyskiem. A jak będzie w Widzewie?

Tomasz Stamirowski: To jest całkowicie moja prywatna inwestycja, bez związku z funduszem. Strategia też jest całkiem inna. Inwestycję traktuję długoterminowo. Mam zresztą zapisy w umowie, które sprawiają, że w ciągu najbliższych dziesięciu lat nie mogę odsprzedać większości mojego pakietu. Nie wyklucza to pozyskania dodatkowego, większego partnera biznesowego, co pozwoliłoby walczyć o większe cele.

Dlaczego zdecydował się pan na tę transakcję?

To jest dla mnie sprawa osobista. Są rzeczy ważniejsze od pieniędzy i Widzew jest dla mnie jest czymś takim. Inwestycji nie traktuję jako biznesu, przynajmniej nie takiego, w którym głównym celem jest zarabianie. Chodzi o wartości, lokalną tożsamość, związek ze społecznością. Od dziecka kibicuję Widzewowi i chcę widzieć go znów na szczycie.

Idzie nowe:
Idzie nowe:
Tomasz Stamirowski, partner zarządzający w funduszu Avallon (na zdjęciu z prawej), i jego brat Marcin Stamirowski, dyrektor inwestycyjny w funduszu Avallon, zostali też powołani do rady nadzorczej spółki Widzew Łódź.
archiwum prywatne

Cel Widzewa na przyszły rok to...

Nie chcę popełniać błędów innych właścicieli, którzy już w pierwszym roku wywierali presję czy to na awans, czy to na tytuły i grę w pucharach. Ja presji na szybki awans nie będę budował, tym bardziej że zostałem właścicielem relatywnie późno, patrząc na stan przygotowań do następnego sezonu. Jasne, że chcę widzieć Widzew tam, gdzie jego miejsce, czyli w walce o mistrzostwo Polski, ale nie wszystko da się zrobić od razu. Trzeba pamiętać, z jakiego miejsca wychodzimy — pół dekady temu klub upadł, był odbudowywany od zera w formule stowarzyszenia, która miała swoje dobre strony na początku. Teraz jest jednak potrzebny jeden właściciel, który będzie wyznaczał kierunek, wskazywał ścieżkę i pilnował, żeby klub nią podążał.

I podejmował wszystkie kluczowe decyzje? Jaką formułę zarządzania klubem chce pan przyjąć?

Mam swoje zobowiązania zawodowe, jestem aktywny w funduszu i na pewno nie będę 100 proc. czasu poświęcał Widzewowi. Myślę jednak, że jestem dobrze zorganizowany i mam dzięki Avallonowi doświadczenie w relacjach właścicielskich. Ja się nie znam na piłce w sensie wyboru graczy, którzy mają w konkretnym meczu grać na konkretnej pozycji. Obowiązki trzeba delegować, dobierać sobie odpowiednich ludzi i podejmować decyzje, gdy od właściciela są one wymagane. Także decyzje osobowe, ale to w kontekście tych, którzy na co dzień zarządzają klubem. W klubie musi być jeden kierunek, jedna wizja i konsekwencja w jej realizacji, pewna trwałość założeń i kontynuacja procesów. Są dobre wzorce. Wystarczy spojrzeć, jak wygląda to np. w Rakowie.

Ludzie z doświadczeniem w biznesie często przychodzą do piłki i zderzają się z twardą rzeczywistością, choćby w postaci często nieprzyjemnych kontaktów z kibicami, którzy oczekują wyników. Jest pan na to przygotowany?

Widzew jest klubem zaangażowanych kibiców, a ja jestem przyzwyczajony, że stadion to nie teatr. W gorącej atmosferze derbów czy meczów z Legią nigdy nie czułem się niekomfortowo, wręcz przeciwnie. Działam zresztą od lat w stowarzyszeniu, więc to nie jest tak, że zderzę się z rzeczywistością, której nie znam.

Drogowskaz:
Drogowskaz:
Teraz klubowi potrzebny jest jeden właściciel, który będzie wyznaczał kierunek, wskazywał ścieżkę i pilnował, żeby Widzew nią podążał — twierdzi Tomasz Stamirowski.
Krzysztof Jarczewski

Kibice zawsze czekają na bogatego właściciela, który obsypie klub pieniędzmi. Ile konkretnie wyłoży pan na Widzew?

Jeszcze w czerwcu dokapitalizuję klub 4 mln zł. Całkowite zadeklarowane przeze mnie zaangażowanie to 15 mln zł, z czego 10 mln zł w formie bezpośredniego dokapitalizowania. Oczywiście jest to wsparcie pozostałych przychodów klubu i powinno wystarczyć w rywalizacji o ekstraklasę. Ja mam bardzo dobrze przeanalizowane finanse wszystkich klubów pierwszej ligi i Ekstraklasy, wiem, jak to wygląda od strony przychodowej, gdzie można szukać oszczędności kosztowych. Przepaść finansowa między pierwszą ligą a Ekstraklasą jest olbrzymia. Tam za prawa do transmisji kluby otrzymują co najmniej 8 mln zł rocznie, tu jest to 800 tys. zł. Podobnie wygląda to w innych krajach. W Anglii kluby z Championship wydają ogromne pieniądze, by znaleźć się na wyższym poziomie rozgrywkowym i dostać nieporównywalnie większe kwoty od Premier League. W pierwszej lidze trzeba pracować nad przychodami z dnia meczowego, z internetu, rozsądnie wydawać pieniądze na piłkarzy i oczywiście pozyskiwać kolejnych sponsorów. To jest obszar, który mogę wesprzeć.

Jak biznesmeni grają w piłkę

Wielu polskich przedsiębiorców skusiło się na inwestycję w piłkę nożną. Rzadko kiedy dobrze na tym wychodzili. Właścicielem Widzewa przez lata był Sylwester Cacek, twórca sieci Sfinks, ale klub zbankrutował. Najwięcej na piłkarskim biznesie stracił Bogusław Cupiał z Tele-Foniki — według nieoficjalnych informacji 100 mln zł. Miliony na Polonii Warszawa stracił także Józef Wojciechowski, właściciel JW Construction. Teraz warszawski klub próbuje odbudować Gregoire Nitot, francuski biznesmen zadomowiony w Polsce. W Ekstraklasie od lat rywalizuje kilku znanych przedsiębiorców. Kilkadziesiąt milionów złotych włożył w Legię Warszawa Dariusz Mioduski. Zdominował krajowe rozgrywki, ale przez brak sukcesów w pucharach klub wymagał kilkakrotnego dofinansowania. Należący do Jacka Rutkowskiego z Amiki Lech Poznań zapełnia budżet wpływami z transferów, ale wyniki sportowe ma bardzo mizerne. Janusz Filipiak, prezes Comarchu, wykłada miliony na Cracovię. Przebojem minionego sezonu był Raków Częstochowa należący do Michała Świerczewskiego, kontrolującego x-kom. Rok temu na inwestycję w trzecioligowy Motor Lublin zdecydował się Zbigniew Jakubas, inwestor giełdowy, należący do grona najbogatszych Polaków. Michał Brański natomiast, jeden z głównych akcjonariuszy Wirtualnej Polski, poddał się i po dwóch latach wycofał ze Stomilu Olsztyn.

Stadion Miejski Widzewa Łódź
Stadion Miejski Widzewa Łódź
Anna Jach / Gazeta Polska / Forum

W Polsce pieniądze często dają klubom samorządy…

W Widzewie to jest ok 800 tys. zł rocznie plus refundacja kosztów wynajmu stadionu. Wiele miast przeznacza większe kwoty, jeśli porównać się np. z Katowicami czy Gliwicami. Drugi ważny element to infrastruktura, której oczywiście bez wsparcia samorządów by nie było. Doceniamy wsparcie, liczymy na korzystną dla obu stron współpracę, tym bardziej że Łódź nadal kojarzy się wszędzie ze sportem i piłką, a Widzew jest elementem tożsamości miasta i dobrze, żeby była symbioza między nami a samorządem. Myślę, że dla miasta też będzie ważne to, że jest konkretny właściciel, który dba o to, żeby pieniądze były wydawane z sensem.

Które wydatki są priorytetowe?

Pion sportowy. Chciałbym, żeby Widzew przeznaczał więcej pieniędzy na akademię. Obecnie to 1,8 mln zł rocznie. Widzew nie ma takiego szczęścia, jak np. Zagłębie Lubin, że obok jest duży koncern i sponsoruje klub niezależnie od okoliczności. Mam dużą nadzieję, że uda się pozyskać dodatkowych sponsorów i partnerów. Akademia to projekt, który choćby z powodów wizerunkowych warto wesprzeć, niezależnie od podejścia do finansowania piłki profesjonalnej.

Plan finansowy:
Plan finansowy:
Chciałbym, żeby Widzew przeznaczał więcej pieniędzy na akademię. Obecnie to 1,8 mln zł rocznie — zapowiada Tomasz Stamirowski.
Krzysztof Jarczewski

Co w Widzewie musi się zmienić?

Jeśli patrzymy długoterminowo, to Widzew musi mieć przede wszystkim swój styl. W latach 80. i później to była drużyna z charakterem, grająca z zaangażowaniem i do końca. Na tym zbudowany został jej fenomen, to dzięki temu do dziś mnóstwo osób, nie tylko z Łodzi, ale także z całej Polski, ma do Widzewa sentyment. I do tego chciałbym wrócić.

Łódzki kolekcjoner akcji

Tomasz Stamirowski urodził się w Łodzi i tu siedzibę ma kierowany przez niego fundusz private equity Avallon, specjalizujący się w wykupach menedżerskich. Karierę — po studiach na wydziale handlu zagranicznego na Uniwersytecie Łódzkim i magisterium w Grenoble — zaczynał na początku lat 90. w Polskim Banku Gospodarczym (PBG). Sławomir Lachowski, przyszły twórca mBanku, organizował ekipę młodych menedżerów, którzy mieli zająć się m.in. restrukturyzacjami. W 1994 r. znalazł się w zarządzie funduszu PBG, który zarządzał restrukturyzowanymi spółkami. Po przejęciu PBG przez Pekao fundusz zamknięto, a menedżer w 2001 r. przeszedł na swoje i zajął się doradztwem transakcyjnym. W 2007 r. stworzony przez niego Avallon zebrał swój pierwszy fundusz, pozyskując 50 mln EUR od inwestorów zagranicznych. Kolejny fundusz, o wielkości 109 mln EUR, zebrał w 2012 r., a trzeci w ostatnich dwóch latach. Przez portfel Avallonu przewinęło się dotychczas ponad 20 spółek, a zarządzający funduszem w różnych rolach — jako inwestorzy i doradcy — uczestniczyli w ponad 100 wykupach menedżerskich.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane