Liczba sprzecznych sygnałów, jakie — na kilka dni przed zbliżającym się szczytem Unii Europejskiej w Brukseli, podczas którego rozstrzygną się losy budżetu Unii na lata 2007-13 — wysyłają przywódcy największych krajów członkowskich, może przyprawić o zawrót głowy. Brytyjski premier Tony Blair dopuszcza możliwość negocjacji na temat tzw. rabatu brytyjskiego, czyli zwrotu części składki, jaką Wielka Brytania płaci do kasy UE, o ile dyskutowane będą także inne zasadnicze pozycje wspólnego budżetu. I oczywiście chodzi mu przede wszystkim o wspólną politykę rolną, na reformie której najwięcej straciłaby Francja, a zyskały... Niemcy.
Prezydent Francji Jacques Chirac „nie ma ochoty na żaden kompromis” w tej sprawie, co nie przeszkadza mu apelować do państw UE, zwłaszcza do Brytyjczyków, by „dołożyli wysiłku” w celu porozumienia się w sprawie unijnego budżetu. Zachęca przy okazji do kontynuowania procesów ratyfikacyjnych konstytucji unijnej swojego autorstwa, mimo iż odrzucili już ją jego rodacy (i Holendrzy).
Kanclerz Niemiec Gerhard Schröder, jak rebe z dowcipu, mówi, że i Blair ma rację, i Chirac ma rację, a na zwróconą przez dziennikarza uwagę, że obaj nie mogą mieć racji, bo prezentują biegunowo różne opinie, dorzuca niespeszony: i ty też masz rację. W każdym razie jest gotowy do kompromisu, jak wszyscy inni też będą gotowi.
Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Również dla nas. Dlatego, choć nie wiadomo, czy zostaniemy usłyszani, powinniśmy naprawdę głośno krzyczeć.