Jak okiełznać rynek podejściem systematycznym?

Partnerem publikacji jest Unicredit
opublikowano: 2026-07-09 14:08

Rozmowa z Szymonem Karasiem, zarządzającym aktywami w UniCredit i Grzegorzem Linkiem, popularyzatorem inwestowania ilościowego.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Czym właściwie z perspektywy praktyka jest podejście systematyczne i czym różni się od dyskrecjonalnego?

Grzegorz Link: Podejście systematyczne to po prostu żelazny zestaw reguł, których należy bezwzględnie przestrzegać. Z kolei inwestowanie dyskrecjonalne w znacznie większym stopniu opiera się na intuicji, a działania są na bieżąco dopasowywane do zmieniającej się sytuacji. Dla inwestora indywidualnego niezwykle przydatna jest przewaga behawioralna, którą gwarantuje inwestowanie w oparciu o sztywne systemy.

Szymon Karaś: Wymiar behawioralny jest tu bezsprzecznie najważniejszy. Dyscyplina powoduje, że znacznie rzadziej pod wpływem zgubnych emocji wsadzimy się na minę. Należy pamiętać o gigantycznej asymetrii czasu inwestora indywidualnego i instytucjonalnego. Mało kto ma dziś przestrzeń na pełnoetatową analizę rynku. Podejście systematyczne jest do takich warunków o wiele lepiej dostosowane.

Istnieje jednak mit, że ten model jest zarezerwowany wyłącznie dla gigantycznych funduszy. Czy to prawda?

G.L.: Oczywiście są potężne instytucje wymagające błyskawicznego zawierania transakcji (tzw. high-frequency trading), do czego potrzebują bezpośrednich podpięć światłowodowych pod giełdy. To jednak tylko jeden z rodzajów. Wiele zależy od horyzontu. W przypadku strategii opartych na interwałach tygodniowych czy miesięcznych, taka infrastruktura nie jest nam do niczego potrzebna.

Większość marzy o odnalezieniu „Świętego Graala”. Jak w praktyce wygląda tworzenie strategii?

G.L.: Zazwyczaj przychodzimy z wizją odkrycia zupełnie niezwykłych strategii, a te faktycznie skuteczne są przeważnie ulepszoną wariacją tego, co już dawno istnieje. Kluczowa jest walidacja, czyli przetestowanie pomysłu na danych historycznych. Jeśli przesadzimy z filtrami, to po prostu „zhakujemy” rynek. Znajdziemy idealny kompozyt, który działał świetnie wyłącznie w przeszłości.

To groźna pułapka tzw. „overfittingu”.

Sz.K.: Mamy też wielką pokusę sprawdzania, czy nasza strategia poradziłaby sobie w każdym kryzysie i pandemii minionego stulecia. Nawet jeśli w testach wyniki będą świetne, modele te często odpadają na etapie rynkowej weryfikacji. Tworząc system musimy pytać: dlaczego coś historycznie w ogóle działało i czy to ekonomiczne uzasadnienie jest wciąż aktualne? Gospodarka się zmienia, więc to, co działało kiedyś, to dziś stanowczo za mało.

Czy dziś sztuczna inteligencja (AI) może napisać idealną strategię i zastąpić zarządzającego?

Sz.K.: AI na pewno mocno obniżyło bariery wejścia, bo do testowania pomysłów nie trzeba już wybitnie programować. Musimy jednak odróżnić mądre wsparcie procesu inwestycyjnego od naiwnego przekazania pieniędzy algorytmom. Wyniki takich działań są obecnie bardzo złe, a decyzyjność modeli przypomina rozchwiane zarządzanie dyskrecjonalne. Świetnym przykładem jest startup Nof1, gdzie oddano AI po 10 000 dolarów. Większość zanotowała potężne straty w dwa tygodnie. Do oddania maszynom pełnej decyzyjności jest nam jeszcze daleko.

G.L.: Dziś pomysł można ładnie opisać AI, a wygeneruje ona gotowy kod do testów. Nie polecam jednak polegać na niej bezwzględnie. Jeżeli wszyscy inwestorzy zapytają jeden model najlepsze rozwiązanie, poleci on każdemu te same strategie. A jeśli rzesze ludzi zaczną grać dokładnie tak samo, jakakolwiek rynkowa przewaga natychmiast wyparuje.

Skoro w pełni eliminujemy intuicję na rzecz matematyki, czy zyskowny system musi mieć wysoką skuteczność?

G.L.: Strategie trendowe potrafią przez 70 proc. czasu przynosić same straty. Mają jednak szeroki zakres wychwytywania ruchów i kiedy wreszcie nadejdzie rzadki, gigantyczny trend, zarabiają krocie. Te pojedyncze zyski są nieporównywalnie większe od wszystkich obsunięć kapitału. Przewaga polega na bezwzględnym zaufaniu matematyce i ufnym trzymaniu pozycji.

Sz.K.: Dlatego te systemy są tak szalenie trudne psychologicznie. Ciężko nie zwątpić w strategię tracąc pieniądze przez większość czasu. Wyobraźmy sobie pasywnych inwestorów kupujących akcje na lata. Znaczna część z nich z paniki przed nagłą recesją zamyka pozycje ze stratą. Utrzymanie tak prostej reguły bywa w trudnych chwilach wręcz niemożliwe.

Jak odsiać ziarno od plew i dlaczego te proste, znane strategie wciąż potrafią zarabiać?

G.L.: Inwestowanie jest jak siłownia: wiemy, co robić, ale zwyczajnie brakuje nam systematyczności. Trudno zaryzykować i kupić aktywo w momencie rynkowej paniki, a system tego wymaga. Inny powód to premia za ryzyko. Zamiast ufać na słowo analitykom nakładającym na siebie dawne wykresy, zaprogramujmy prosty tester i sprawdźmy na liczbach, jak dany system by się zachował.

Sz.K.: Nawiązując do znanych „Czarodziejów Rynku”: Richard Dennis twierdził, że mógłby opublikować zasady skutecznej strategii w gazecie i nie wpłynęłoby to na jej wyniki, bo większość ludzi z braku cierpliwości nie utrzymałaby dyscypliny. Zawsze też sprawdzajmy, czy system nie jest zbyt skomplikowany. Ogromną pułapką jest „look-ahead bias”. Inwestorzy w testach omyłkowo wykorzystują zrewidowane już po czasie dane makroekonomiczne, tak jakby znali je w dniu transakcji. To rodzi złudne sukcesy.

Jaką drogę musi przejść początkujący inwestor, by wejść w ten zautomatyzowany świat?

G.L.: Radzę zacząć odwrotnie niż większość, która natychmiast projektuje „Świętego Graala” i szybko traci kapitał. Zbudujmy poduszkę finansową i rozpocznijmy od prozaicznego inwestowania pasywnego. Ustalmy proporcje akcji do obligacji i mechanicznie, w kilka minut miesięcznie, rebalansujmy swój portfel. Dopiero kiedy nasza wiedza realnie wzrośnie, zacznijmy sięgać po taktyczną alokację aktywów. A na samym końcu po trudniejsze strategie, np. arbitraż statystyczny.