Jak przeżyć na trudnym rynku

Włodzimierz Uniszewski
14-10-2008, 00:00

GIEŁDA Cztery sposoby na to, by uchronić kapitał, a nawet zarobić w czasie bessy

Gwałtowny spadek wartości kont emerytalnych budzi przerażenie generacji powojennego wyżu demograficznego. W ubiegłym miesiącu z amerykańskich funduszy akcji wycofano ponad 40 mld dolarów, zwiększając wartość tegorocznych umorzeń do kwoty 115 mld USD. W październiku było jeszcze gorzej. W jeden tydzień wycofano z funduszy nawet 52 mld USD. Pisaliśmy o tym w poniedziałkowym "PB".

W Polsce apogeum ucieczki z funduszy nastąpiło na początku roku, ale czynniki zewnętrzne wciąż nakręcają spiralę spadków. Rośnie prawdopodobieństwo silnego odreagowania, więc położenie posiadaczy akcji jest szczególnie trudne. Bezczynność grozi powiększeniem strat, lecz zarazem trudno o bardziej frustrujące doświadczenie niż silne odbicie tuż po zamknięciu pozycji. W lepszej sytuacji znajdują się inwestorzy, którzy wcześniej wyszli z rynku i czekają na dogodną okazję do powrotu. Są jednak wystawieni na pokusę łapania spadającego noża.

Istnieją na szczęście sposoby, by nie tylko uniknąć tych pułapek, lecz także podnieść efektywność inwestycji. Właśnie o efektywność inwestowania trzeba będzie dbać szczególnie w okresie, kiedy stopy zwrotu z akcji znajdą się zapewne poniżej historycznej średniej z powodu skutków pęknięcia globalnej bańki kredytowej. Aby osiągnąć ten cel, należy ciąć wszelkie zbędne koszty, korzystać z efektu dźwigni finansowej oraz uwzględniać rynkowe cykle przy określaniu poziomu zaangażowania w akcje.

W ostatnich 10 latach strategia "kup i trzymaj" dla indeksu WIG (z dywidendami) dawała rocznie średnio 12,5 proc. zysku, a w ubiegłych 5 latach wartość ta wyniosła 11 proc. Widać na tych przykładach, że w dłuższym terminie trudno liczyć na więcej niż oscylującą wokół 10 proc. średnioroczną stopę zwrotu z akcji, wliczając w to blisko 3 proc. tytułem dywidend. Co gorsza, najbliższa dekada może okazać się pod tym względem wyjątkowo chuda ze względu na skutki kryzysu. Dlatego kolejnym ważnym warunkiem sukcesu będzie ograniczenie kosztów inwestycji do minimum oraz wykorzystanie instrumentów pochodnych do zwiększenia siły kapitału.

Inwestowanie w jednostki rodzimych funduszy akcji oznacza powierzenie pieniędzy drogim i niekoniecznie efektywnym pośrednikom. Co roku kapitał ich klientów jest uszczuplany średnio o 3,8 proc. tytułem opłat za zarządzanie. Oznacza to, że fundusz konsumuje wszystkie dochody z dywidend, a inwestor jest zdany na zyski wynikające ze wzrostu kursów akcji, zależne od napływu kapitału na rynek. Jeśli na rynkach zapanuje stagnacja, zyski te będą symboliczne. Po 10 latach może się okazać, że tylko zarządzające funduszem TFI zdołało pomnożyć swój kapitał.

Trudno się zatem dziwić, że żadne towarzystwo nie wyszło dotąd z ofertą taniego funduszu indeksowego z opłatą nieprzekraczającą 1 proc. Byłoby to i tak sporo więcej niż wynosząca 0,15 proc. opłata w funduszu Vanguard SP500 czy 0,75 proc. w funduszu ETF iShares Emerging Markets.

Powrót indeksu WIG na historyczny szczyt wymaga jego wzrostu o 100 proc. Przy założeniu 10 proc. średniorocznej stopy zwrotu zajmie to nieco ponad 7 lat. Gdyby uwzględnić opłatę na rzecz funduszu, czas powrotu na szczyt wydłuży się do 11 i pół roku. Długoterminowe wyniki większości funduszy skłaniają do ostrożności. Najstarszy polski fundusz akcyjny zarobił w ciągu niemal 13 lat 225 proc., czyli niespełna 10 proc. rocznie. W tym czasie WIG zyskał 360 proc., a więc blisko 13 proc. w skali roku. Chociaż można znaleźć fundusze, które w nieco krótszym okresie pokonały indeks, raczej szkoda czasu na szukanie wyjątków, gdyż wysokie opłaty są zbyt dużym czynnikiem ryzyka.

Żadna z metod inwestycyjnych, poza zajęciem krótkiej pozycji, nie jest w stanie zamienić bessy w hossę. Można jednak za ich pomocą ochronić portfel i dzięki maksymalnemu wykorzystaniu energii fal wzrostowych sprawić, by fraza "zysk w długim terminie" straciła swój dość posępny wydźwięk.

Rady na niepewne czasy

Wygodnym rozwiązaniem dla rozdartego między strachem a nadzieją posiadacza akcji może być zastosowanie notowanych na GPW opcji na indeks WIG20 lub opcji na kontrakty FW20 dostępnych na platformie jednego z domów maklerskich. Korzystanie z opcji na większą skalę oszczędziłoby inwestorom wielu bolesnych przeżyć. Portfel akcji można zabezpieczyć, kupując opcję sprzedaży (put). Kiedy indeks spadnie więcej niż wynosi wyrażona w punktach cena zakupu opcji, inwestycja będzie chroniona przez opcję tak samo jak przez kontrakt terminowy. Opcja zadziała jak ustawione poniżej bieżącego kursu ceny zlecenie typu stop loss. W przypadku zwyżki cen opcja będzie stopniowo tracić na wartości, umożliwiając częściowy udział we wzroście indeksu, gdyż maksymalna strata na opcji jest ograniczona do ceny jej zakupu.

Asymetryczny rozkład zysków i strat z opcji czyni z niej wygodne narzędzie inwestycyjne. Jeśli posiadacz gotówki spodziewa się teraz silnego odbicia, ale nie ma odwagi zaryzykować, może nabyć opcję kupna (call) indeksu i czekać na wybicie w górę. Gdy nastąpi ono w okresie ważności opcji i będzie dostatecznie silne, zyski będą niewiele mniejsze niż w przypadku bezpośredniej inwestycji. Jeśli jednak te rachuby się nie sprawdzą, inwestor straci najwyżej cenę zakupu opcji. W taki sposób można bezpiecznie obstawić wzrostową korektę, a resztę gotówki trzymać w pogotowiu, czekając na sygnał zmiany długoterminowego trendu.

Duża zmienność młodych rynków czyni szczególnie ważną kwestię posiadania praktycznego kryterium określania kierunku trendu. Biorąc pod uwagę większą niż na rynkach dojrzałych siłę fal spadkowych, uniknięcie głębokich przecen znacznie podniesie długoterminową stopę zwrotu. Takim wygodnym strategicznym wskaźnikiem może być np. średnia ruchoma notowań indeksu WIG z 200 sesji. Doskonale spełniła swoje zadanie, wyznaczając stabilną linię trendu dla zaczętej wiosną 2003 r. hossy. Jej wyraźne przebicie w dół na początku listopada ub. roku dało klarowny sygnał do opuszczenia rynku. Zastosowanie się do niego pozwoliło uniknąć 43 proc. straty. Wolny kapitał należy w tym czasie trzymać na dobrze oprocentowanym koncie lub w obligacjach. Bardziej niecierpliwi mogą zastosować system wykorzystujący kilka średnich — np. ze 100, 150 i 200 sesji, dzieląc kapitał na kilka części i stopniowo zmieniając zaangażowanie w akcje.

Zamiast zdawać się na pośredników, można stworzyć portfel wykorzystujący efekt dźwigni finansowej w celu czerpania maksymalnych dochodów zarówno z papierów dłużnych, jak i z akcji. To propozycja dla posiadaczy kapitału co najmniej 40 tys. zł. Mając taką kwotę i chcąc realizować np. strategię zrównoważoną, należy kupić kontrakt terminowy na WIG20 oraz notowane na giełdzie obligacje. Depozyt za kontrakt wyniesie około 2 tys. zł, ale trzeba pamiętać, że w razie spadku wartości indeksu musi on być uzupełniany. Dla bezpieczeństwa należy więc trzymać na koncie gotówkowym dodatkowo dwukrotność depozytu. To pozostawia 34 tys. zł na zakup obligacji. W rezultacie portfel będzie się składał z obligacji, gotówki oraz kontraktu terminowego o nominalnej wartości około 22 tys. zł, co da w sumie 62 tys. zł.

Jeśli indeks straci w ciągu roku jeszcze 20 proc., strata na kontrakcie wyniesie 4,4 tys. zł, ale roczny zysk np. z trzyletnich obligacji wyniesie około 6 proc., czyli 2040 zł. Strata liczona od kapitału wyjściowego wyniesie zatem 2360 zł, czyli 5,9 proc. Jeśli jednak indeks zyska 20 proc., łączny zysk wyniesie 6440 zł, a więc 16,1 proc. Silna asymetria zysków i strat, większa niż przy tradycyjnej inwestycji, przemawia na korzyść takiego portfela. Dla amatorów większego ryzyka bardziej odpowiedni może być portfel o wyższym nominalnym udziale kontraktów, ale nieprzekraczającym

100 proc. kapitału wyjściowego.

Inwestując w akcje za pomocą kontraktu, traci się co prawda prawo do dywidendy, ale zyskuje na efekcie dźwigni. Jeśli jednak ktoś nie chce wdawać się w zawiłości instrumentów pochodnych, może kupić akcje z indeksu WIG20, np. za pomocą tzw. zlecenia koszykowego, a resztę kapitału przeznaczyć na obligacje. Przy oprocentowaniu 5-6 proc. obligacje powinny zawsze stanowić znaczącą część portfela. Posiadając taki portfel, warto np. co pół roku dokonywać równoważenia. Jeśli akcje przekroczą w dniu odczytu 60 proc. wartości portfela, należy przywrócić początkową proporcję 50/50. Podobnie, jeśli spadną poniżej 40 proc. Alternatywnie można oczywiście stosować metodę zmiennej alokacji opartą na średniej z 200 sesji.

Włodzimierz Uniszewski

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Włodzimierz Uniszewski

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Nieruchomości / / Jak przeżyć na trudnym rynku