W ostatnim czasie ze strony przedstawicieli amerykańskiej Rezerwy Federalnej (Fed) płynęła szeroka rzeka jastrzębich komentarzy. Charles Plosser, szef Fed z Filadelfii deklarował, że polityka monetarna będzie musiała zmienić kurs w niezbyt odległej przyszłości i przedstawiał hipotetyczną strategię wyjścia z ultra luźnej polityki (zakłada ona m.in. podwyżki stóp procentowych w USA jeszcze w tym roku).
James Bullard, szef Fed z St. Louis, przy okazji konferencji w Pradze, nie tylko przytomnie stwierdził, że FOMC może nie być w stanie lub nie chcieć czekać aż wszystkie światowe niepewności się rozwiążą, aby zacząć normalizować politykę monetarną. Ale też wypalił, że zbyt długie zwlekanie z zacieśnieniem polityki monetarnej, może prowadzić do wybuchu inflacji w USA i na świecie. Jak również zaczął fantazjować nt. ewentualnego ograniczenia o około 100 mld USD, wartego 600 mld USD, programu zakupów amerykańskich obligacji w ramach ilościowego luzowania polityki pieniężnej (QE2).
Richard Fisher, szef oddziału Fed z Dallas, wyraźnie zadeklarował, że będzie głosował przeciwko dalszemu rozszerzeniu programu zakupu amerykańskich obligacji.
Thomas Hoeing, szef Fed z Kansas City, kolejny raz powtórzył, że luźna polityka Fed prowadzi do nierównowagi oraz presji inflacyjnej. Natomiast jego kolega z Minneapolis dodał, że pod koniec roku może być potrzeba podniesienia stóp o 75 pkt baz.
Na tym tle gdzieś zginął gołębi głos Williama Dadleya, szefa Fed z Nowego Jorku, który w ostatni piątek stwierdził, że byłby zaskoczony gdyby QE2 nie zostało dokończone. Tymczasem to ten głos powinien brzmieć najbardziej doniośle. Każda próba wycofywania się rakiem z ultra luźnej polityki pieniężnej teraz, byłoby przyznaniem się Fed do błędu. Podobnie jak rozpoczęcie już teraz poważnej dyskusji nt. normalizacji polityki monetarnej. Pierwszą taką okazją prawdopodobnie będzie posiedzenie FOMC w dniu 27 kwietnia, gdy podczas konferencji prasowej Bernanke i spółka spróbują przedstawić rynkom swój pogląd na sytuację gospodarczą.
Marcin R. Kiepas