Jazzujące meble

Adrian Chimiak
opublikowano: 12-12-2006, 00:00

Kaja, Mozart, Adam, Zuza. Meble z niewielkiego Donaborowa podbijają Polskę i świat.

W prawdopodobnie największym polskim zagłębiu meblowym, w okolicach wielkopolskiego Kępna, firm — Gazel Biznesu jest sporo. Dolmar rodziny Dobieniów zatrudnia 135 pracowników, specjalizuje się w produkcji mebli skrzyniowych i tapicerowanych.

— Kiedy w 1982 r. ojciec rozpoczął interes, nie było prawie żadnych materiałów ani narzędzi. Pierwsze meble składał ręcznie wraz z dwoma pracownikami. Były to meble skrzyniowe i pomoce dla szkół, np. stoły do sal fizyki i chemii — opowiada Artur Dobień, współwłaściciel.

Jedynym zmartwieniem jest brak rąk do pracy.

— Wytwarzamy meble popularne, nasze zestawy kosztują na ogół 800-1200 zł. Wykorzystujemy 100 proc. możliwości produkcyjnych, każdego roku przeprowadzamy nowe inwestycje. Jesteśmy w trakcie budowy placu manewrowego — pokazuje przedsiębiorca.

Położony przy wąskiej drodze na końcu wsi zakład Dolmaru oblegają samochody. Mieszkańcom to nie przeszkadza, bo firma jest doskonałą wizytówką niewielkiego Donaborowa.

— Nie wiem, czy wszyscy mają w domach nasze meble. Wiem jedno — ja je mam — uśmiecha się pan Artur.

Pomoc w ambasadach

Odbiorcami donaborowskich mebli są sieci sklepów i salony meblowe w całej Polsce. Na miejscu firma nie prowadzi sprzedaży, indywidualnych klientów kieruje do najbliższego salonu.

— W sprzedaży pomaga nam obecność na targach branżowych. I to nie tylko poznańskich. Wystawialiśmy się nawet w Meksyku — chwali się Artur Dobień.

Najbardziej go denerwuje, gdy dwa stoiska dalej znajduje u konkurencji swoje meble różniące się zaledwie uchwytami lub rozmiarem.

— Może powinienem być dumny, że inni mają zaufanie do moich projektów, ale to nie w porządku. Potrafię odróżnić swoje pomysły — mówi przedsiębiorca.

Ma żal do ustawodawców, że tak łatwo obejść prawo. Wystarczy minimalnie zmodyfikować wykonanie i już cudzy mebel można wystawić jako swój.

— Na szczęście nasi kontrahenci potrafią docenić oryginał. Aż połowa mebli wędruje poza Polskę, głównie do Niemiec, Szwecji, Słowacji, Czech, Litwy i Łotwy. To także skutek naszych działań poza targami — przyznaje Artur Dobień.

Wielu partnerów zagranicznych Dolmar pozyskał dzięki polskim ambasadom. Na wysyłane prośby o listy przyszłych odbiorców zwykle długo nie czeka.

— Nasze placówki to wciąż niedoceniany przez biznesmenów pomocnik — stwierdza przedsiębiorca.

Jazz ma znaczenie

Siadamy na najnowszym modelu kanapy. Przed nami stolik ozdobiony trzema szklanymi wkładkami. Z tyłu kwieciste wzory ozdabiają łóżko na solidnych srebrnych nogach.

— Do projektowania przystępujemy jesienią. Trwa sesja zdjęciowa do katalogów na 2007 rok. Te meble czekają na wywózkę do studia fotograficznego — klepie beżową kanapę pan Artur.

Produkty mają proste nazwy: Kaja, Mozart, Adam, Zuza. Wielu producentów poprzestaje na fabrycznych oznaczeniach linii i modeli, a przecież klienci zwracają także uwagę na nazwę.

— Nie, to nie ma znaczenia — zaprzecza Artur Dobień.

Sukcesu upatruje raczej w starannym wykończeniu.

— Kupując je, należy się przyjrzeć szwom i obiciom. Przy meblach skrzyniowych trzeba zwrócić uwagę na precyzję montażu i sposób oklejenia, np. w folię zewnętrzną. Meble muszą się spodobać i być praktyczne — radzi przedsiębiorca.

Polscy odbiorcy w większości zamawiają meble złożone. Zupełnie inaczej jest z eksportem.

— Aż 90 proc. mebli skrzyniowych to meble do samodzielnego montażu. Myślę, że niedługo Polacy też będą kupować takie meble. To zdecydowanie obniża koszty transportu, choć może się wiązać ze zwiększoną liczbą reklamacji, bo np. brakuje śrubki czy są uszkodzenia powstałe podczas przewożenia — mówi Artur Dobień.

Dolmar ma osiem własnych ciężarówek. Pod zakład podjeżdżają też auta firm spedycyjnych.

— Jeszcze nie myślimy o rynkach wschodnich, choć zastanawiamy się nad pracownikami stamtąd. Raczej poprzestaniemy na większym zautomatyzowaniu produkcji. To możliwe przy wytwarzaniu mebli skrzyniowych. Komody, szafy, szuflady — tam, gdzie nie ma tapicerki, nie trzeba ogromnych mas ludzi — zapowiada przedsiębiorca.

Planuje produkcję mebli z litego drewna. Przy ich projektowaniu będzie słuchał jazzu.

— Mam bzika na jego punkcie. Jeżdżę na koncerty, w domu poprawiam brzmienie moich ulubionych wykonawców. Może na najbliższych targach mebli warto by było powiększyć stoisko i zaprosić zespół jazzowy? — zastanawia się Artur Dobień.

Czy jazz może pachnieć drewnem? W Donaborowie nie mają wątpliwości.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adrian Chimiak

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu