Kończący rotacyjne przewodnictwo USA w G20 szczyt szefów państw i rządów odbędzie się w Miami dopiero 14-15 grudnia 2026 r., zatem czasu jest jeszcze dużo. Z naturalnego powodu panel zatytułowany jak powyżej znalazł się w agendzie XVIII Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach. Debatowali menedżerowie międzynarodowych firm, prezes banku, rektor ekonomicznej uczelni. Pierwszy głos należał do Andrzeja Domańskiego, ministra finansów i gospodarki, który tydzień temu uczestniczył wraz z prezesem NBP Adamem Glapińskim w corocznej zbiórce Międzynarodowego Funduszu Walutowego oraz Banku Światowego, zaś później obaj pozostali w Waszyngtonie na zorganizowanym w formacie ministerialno-bankowym węższym spotkaniu państw członkowskich i zaproszonych na G20. Minister dumnie podkreślał nie tyle mocno ograniczoną wartość merytoryczną, ile polityczną doniosłość posiedzenia – polska ekipa pełnoprawnie zasiadła za głównym stołem. Notabene historycznie jako pierwszy osiągnął w G20 taki sam poziom ministerialny w 2017 r. Mateusz Morawiecki, którego wtedy po uważaniu zaprosiła prezydencja Niemiec.
Debata przebiegała tematycznie między dwoma biegunami. W pełni zgodna z rzeczywistością była przebijająca się kilka razy okoliczność, że Polska ma w Miami oraz na wcześniejszych spotkaniach ministerialnych G20 status pełnoprawnego, ale na razie tylko jednorazowego gościa. Ambitnym zadaniem zgodnie współdziałających władz państwa na najbliższe lata staje się ustabilizowanie obecności w G20 podczas kolejnych rotacyjnych prezydencji – Wielkiej Brytanii 2027, Republiki Korei 2028 oraz przypuszczalnie Arabii Saudyjskiej 2029. Na drugim biegunie została całkowicie zamieciona najważniejsza okoliczność, że tegoroczne zaproszenie Polski to tak naprawdę spersonifikowany gest Donalda Trumpa wobec Karola Nawrockiego z bardzo czytelnym, perspektywicznym przesłaniem ideologiczno-politycznym. Gdyby rotacyjna prezydencja w 2026 r. przypadała jakiemuś innemu członkowi G20, to Polska oczywiście byłaby jak zawsze reprezentowana tylko pośrednio przez przewodniczących Komisji Europejskiej i Rady Europejskiej. Trzeba pamiętać, że fundamentem samozwańczej grupy światowych potentatów jest jej równomierność i reprezentatywność kontynentalna, a nie dokładny pomiar PKB.
Gospodarz każdego szczytu G20 jest zarazem protokolarnym i organizacyjnym decydentem. Skoro na podstawie politycznych kalkulacji prezydenta USA w Miami będzie obecny bardzo mu bliski prezydent RP, to wypadałoby zbiorowo sformułować zobiektywizowane pomysły osiągnięcia jak największych korzyści przez Polskę. Uczestnicy debaty w Katowicach dosyć zgodnie kładli akcent przede wszystkim na wielkie wartości prestiżowe i wizerunkowe. Inwestorzy ze świata oczywiście odnotują i uwzględnią w swoich planach okoliczność, że z UE jako podmioty samodzielne uczestniczą w G20 już nie tylko tradycyjni potentaci – Niemcy, Francja i Włochy, a także postunijna Wielka Brytania – oraz stale zapraszane po znajomości Hiszpania i Holandia, lecz również Polska, największy i jedyny podmiot z nowych państw członkowskich.
W takim kontekście pojawił się wątek wręcz reprezentowania w Miami całego naszego regionu UE. To jednak czyste chciejstwo, państwa nawet znacznie mniejsze od Polski są identycznie ważącymi podmiotami prawa międzynarodowego, co jest wyjątkowo silnie podkreślane w traktatach oraz w realiach UE. Mając do wyboru formalne reprezentowanie w G20 przez szefów unijnych instytucji oraz wyimaginowane nieformalne przez goszczącego pierwszy raz uczestnika polskiego – oczywiście postawią na unijną centralę. Od wielu lat pozycjonowanie Polski przez naszą klasę polityczną z różnych opcji na jakiegoś mocarza Europy Środkowej i Wschodniej, który na nieznanej podstawie miałby być ważniejszy od mniejszych sąsiadów – to czysta mrzonka.
Celnym podsumowaniem panelu było przywołanie przykładu Roberta Lewandowskiego, który obecnie znajduje się na topie wizerunkowej promocji kraju poprzez postaci popularne na świecie. Otóż Polska na drodze do G20 znajduje się mniej więcej w punkcie pierwszego międzynarodowego transferu naszego napastnika w 2010 r. z Lecha Poznań do Borussii Dortmund.
