Jestem z pokolenia, któremu się chciało

Michał Mizera
opublikowano: 2011-06-27 00:00

Na swoim kabarecie wychowała dwa pokolenia Polaków. Dziś pisze w "Twoim Stylu" rasowe felietony, z których zrobiła już dwie książki. Należy, jak sama mówi, do osób reagujących na wszystko. Nie do zdarcia. Olga Lipińska w świetnej formie.

"Business Class": Czasy takie, że aż dziw, iż nie ma kolejnych odcinków "Kabaretu Olgi Lipińskiej".

Olga Lipińska: Proszę pana, ja od paru lat chcę zrealizować program pokazujący początki telewizji w Polsce i nie mogę. Byłam niemal od samych początków telewizji, realizowałam pierwsze programy, teatry telewizji, oczywiście wtedy wszystko szło na żywo. Pamiętam wszystkie niedogodności, zabawne sytuacje i awarie podczas programów. W scenariuszu, który proponuję, chciałam pokazać ambicje i niezdarność techniczną ówczesnej telewizji, jej czasy pionierskie, śmieszne i dramatyczne. I nawet takiego scenariusza nie mogę zrealizować, więc co tu mówić o satyrycznym kabarecie. Od czasu do czasu toczą się jakieś rozmowy, ale nic z nich nie wynika.

A co panią najbardziej denerwuje?

Wszystko. Ten ponury polski romantyzm, brak racjonalizmu, nieżyczliwość, brak więzi społecznych. Jesteśmy narodem absolutnie nieobywatelskim. Manuela Gretkowska twierdzi, że mamy za dużo alkoholu w genach. Możliwe. I ten wielowiekowy kac nie pozwala nam myśleć trzeźwo i racjonalnie. We wszystkich działaniach kierujemy się niedobrymi emocjami. Dyskusje od lat, kto jest lepszym Polakiem, prowadzone przez "prawdziwych" Polaków. Naszość i waszość. Nie mogę tego spokojnie słuchać. Wyedukowano nas, że jesteśmy narodem wybranym, Chrystusem Narodów, cierpimy za miliony i przy okazji nienawidzimy się nawzajem. Napisałam niedawno w felietonie, że święto narodowe, Święto Niepodległości, które powinno być radosne, zamienia się w apel poległych. Kto będzie lubił ojczyznę straszącą trupami? Młodzi rozglądają się po świecie i wyjeżdżają.

A upadek telewizji panią nie boli?

Boli. Mnie się wydaje, że upadek telewizji, bo on jest faktem, zaczął się jeszcze w stanie wojennym, od bojkotu aktorów. Sama także nie wchodziłam wtedy do telewizji, ale nie byłam zwolennikiem bezkrytycznym bojkotu. W końcu to uderzyło w kulturę. Żeby trochę dorobić do pensji, jeździłam wtedy dużo po Polsce na tzw. spotkania autorskie. I widzowie wielokrotnie mnie pytali, dlaczego nie mogą oglądać Holoubka, Łomnickiego, Śląskiej, Jandy i wielu, wielu innych. Czuli się zdradzeni i opuszczeni. Dwa pełne roczniki absolwentów szkół teatralnych poszły niemal na zmarnowanie. Telewizja była bardzo ważna dla kariery młodego aktora. A władzy na aktorach aż tak bardzo nie zależało, miała swoje wojskowe zespoły pieśni i tańca, i tym wypełniała program. To właśnie wtedy do telewizji wlała się tandeta. I już z niej nie wyszła. Poziom dzisiejszej telewizji jest rozpaczliwy, to jakiś jeden wielki bełkot. W dawnej elitarnej Dwójce mamy jeden tandetny festyn, a nie kulturę.

Może ludzie tego potrzebują?

Nie byłabym tak pewna. Z tamtych spotkań autorskich utkwiło mi w pamięci wiele wzruszających chwil, które świadczą o wielkiej potrzebie kultury i sztuki na tak zwanej prowincji. Do dziś pamiętam wizytę w Piotrowicach, gdzie zaproszono mnie na przedstawienie "Wesela", które przygotowali miejscowi amatorzy. Listonosz musiał przyjechać 30 kilometrów rowerem, żeby zagrać Poetę. Wie pan, wstyd przyznać, ale ja po pierwszym akcie popłakałam się ze wzruszenia. Kiedy w telewizji nie było ulubionych aktorów i wielkiej literatury, to ci ludzie sami sięgnęli po Wyspiańskiego. Myśli pan, że ludzie potrzebują tylko tańca na lodzie, że wszyscy tak nagle ogłupieli po dwudziestu latach? Nie sądzę.

Ale przecież od czasu do czasu udaje się pani coś zrobić…

No tak, kilka lat temu realizowałam dla telewizji "Cud mniemany, czyli Krakowiacy i Górale" Bogusławskiego i nie dość, że miałam problem ze skompletowaniem obsady na próbach, to jeszcze był problem ze znalezieniem sali na próby. W końcu wynajęto mi jakąś salkę w magazynach "Landu", gdzie ledwie wszyscy się zmieścili. Jak tu pracować nad choreografią? Jak tu realizować klasykę? Przecież "Krakowiacy i Górale" to nasza opera narodowa. Miałam okropne warunki pracy. Profesjonalną salę na próby telewizja wynajęła za pieniądze na szatnię dla uczestników programu "Milionerzy".

Wciąż tyle spraw pani przeszkadza, wciąż tyle chciałaby zmienić… Skąd w pani tyle energii?

Wie pan, jestem z pokolenia, któremu się chciało. Spotykać, gadać, czytać i myśleć. Nie było rozmów o pieniądzach i jak się dorobić. W każdym razie ja dojrzewałam w takim środowisku. Studencki Teatr Satyryków czy pionierskie czasy telewizji, gdzie chciało się nam poprawiać świat.

Krytycznie patrzy pani na sytuację kultury w Polsce.

A jak można patrzeć spokojnie na to, co się dzieje? Żeby się premier Tusk nie zdziwił, że ludzie kultury i elita intelektualna nie bardzo chcą na niego głosować. Nie inwestuje w nasze głosy, to może ich nie dostać. Mamy do czynienia z całkowitym desinteressement władzy dla świata sztuki. A nawet z pogardą dla kultury.

Może kapitalizm też pani doskwiera?

Nigdy go nie lubiłam. Poznałam kapitalizm dość dobrze już pod koniec lat siedemdziesiątych, podczas dwuletniego pobytu we Francji. Pracowałam w telewizji francuskiej i miałam propozycję, aby zostać, ale nie chciałam być emigrantką. Nie musiałam. Tu miałam pracę, zarabiałam jak wszyscy, wtedy nie patrzyło się na zarobki tak jak teraz. Wróciłam i nie żałuję. Do biznesu mam stosunek ambiwalentny. Za dużo w nim oszustwa i pazerności. Firmy nie dbają o wizerunek, o markę. Byle do jutra. Być może jest to wina niestabilnego prawa i beztroskiego zmieniania go przez aktualnie rządzących. Byle do jutra. Bo jutro może być inaczej, więc dziś trzeba wycisnąć, co się da. I nie płacić. Skandalem jest bezkarne niepłacenie za wykonaną pracę. Nie bez przyczyny ludzie tak boją się prywatyzacji. Nie chcę generalizować, bo są firmy polskie, które dbają o swoją twarz, ale też często giną w morzu oszustw, zmowy cwaniaków i nieuczciwej konkurencji. Prawdę mówiąc, nie znoszę tego naszego "kapitalizmu".

Pewnie trudno o marzenia przy tak surowej ocenie rzeczywistości?

Nie, dlaczego? Pewnie, że mam. I zawodowe, i osobiste.

A jakie?

Za dużo pan chce wiedzieć. l

Olga Lipińska

Reżyser

Wybitna reżyser i scenarzystka telewizyjna, autorka kultowego "Kabaretu Olgi Lipińskiej", związana ze Studenckim Teatrem Satyryków, w latach 1977-90 dyrektorka Teatru Komedia w Warszawie, od kilkunastu lat regularnie publikuje w "Twoim Stylu" felietony, które złożyły się na książki: "Mój pamiętnik potoczny" (2005) oraz "Co by tu jeszcze…" (2009). Wyreżyserowała kilkadziesiąt spektakli Teatru TV, w tym słynne "Damy i huzary" (1973) oraz legendarne "Przedstawienie Hamleta we wsi Głucha Dolna" (1985). W TVP stworzyła cykle kabaretowe: "Głupia sprawa", "Gallux Show", "Właśnie leci kabarecik", "Kurtyna w górę", wszystkie pod szyldem "Kabaret Olgi Lipińskiej".