JTT: Nożycami po tętnicy

Agnieszka Ostojska-Badziak
opublikowano: 2004-02-27 00:00

To byłaby groteska, w której w głównych rolach występuje właściwie bezkarny urząd i latami bezsilny podatnik. Byłaby, gdyby nie krzywda absurdalnie posądzonego o przestępstwo prezesa JTT Computer, Pawła Ciesielskiego i ruina wielkiej, świetnie kiedyś prosperującej firmy.

W czym i komu zawinił JTT Computer?

Paweł Ciesielski, były prezes JTT Computer: Do produkcji komputerów używaliśmy komponentów z importu, obłożonego cłem i 22-proc. VAT. Należności zapłaciliśmy. Gotowe komputery wysłaliśmy za granicę (w eksporcie przysługuje zerowa stawka VAT). Potem nasza firma odkupiła towar w procedurze importu — wwieziono go do składu celnego, gdzie doszło do sprzedaży komputerów klientom, z którymi mieliśmy taką właśnie umowę. Przypomnę, że dla VAT nie ma znaczenia, czy to skład celny w kraju, czy za granicą. Nabywcy — beneficjenci przetargu Ministerstwa Edukacji Narodowej — występowali do Urzędu Celnego o zwolnienie z podatku i cła, wskutek importu na zakupy edukacyjne. Opisywane wydarzenia rozegrały się od sierpnia 1998 r. do lutego roku 1999.

I nagle ktoś powiedział: „coś nie tak”?

P.C.: W 1999 r. inspektor z Urzędu Kontroli Skarbowej stwierdził, że w rzeczywistości nie było eksportu. I JTT nia ma prawa do zerowej stawki VAT. Co więcej: także sprzedaż ze składu celnego należy opodatkować 22-proc. VAT. Po jego decyzji okazało się, że z odsetkami mamy do zapłaty około 10,5 mln zł. A zatem należności z tytułu podatku VAT wyniosły... 44 proc.

Ale przecież nie wy mieliście występować o zwolnienie z VAT.

P.C.: To było widać nieistotne... Pytaliśmy: a gdyby te firmy nie uzyskały zwolnienia? Wtedy nie byłoby sprawy — brzmiała odpowiedź. Odwołaliśmy się do Izby Skarbowej we Wrocławiu: stwierdziła, że eksport był, ale opodatkowuje nam sprzedaż w składzie celnym, bo to de facto sprzedaż produktu krajowego w kraju. No i mieliśmy zapłacić podobną kwotę: 10,5 mln zł. Izba uznała, że jest osiem spraw.

Osiem?

P.C.: Każdy miesiąc to osobna sprawa.

Co potem?

P.C.: Izba bawiła się z nami w kotka i myszkę. Np. co do lipca uchyliła decyzję, w wypadku kilku miesięcy skierowała sprawy do ponownego rozpatrzenia przez UKS, a co do innych jeszcze miesięcy — wydała decyzję. Taka dziwna procedura. Pierwsze odwołanie do NSA, o ile pamiętam, złożyliśmy w kwietniu, a ostatnie w listopadzie 2000 r.

I co dalej?

P.C.: 30 czerwca 2003 r. NSA oddział zamiejscowy we Wrocławiu wydał orzeczenie.

3 lata oczekiwania! Szybciej jest w Strasburgu...

P.C.: Fakt... No ale NSA w końcu stwierdził, że eksport był i że sprzedaż w składzie celnym nie podlega opodatkowaniu. Zatem i izba skarbowa, i NSA potwierdziły nasze racje co do eksportu i opodatkowania sprzedaży na składzie celnym. Sąd zwrócił tylko uwagę, by rozważyć, czy — skoro mamy do czynienia ze sprzedażą nieopodatkowaną — nie należy zweryfikować innych rozliczeń VAT-owskich. Ta wątpliwość stała się dla izby skarbowej okazją do innej gry: pokopała w tym, co działo się wcześniej i... odmówiła nam prawa do odliczenia podatku naliczonego, który zapłaciliśmy z tytułu importu komponentów. To jak z historią wschodnich Niemiec: wpierw były małpy, potem długo nic, potem Marks i Engels — no i NRD. A niby jak się znalazł towar na składzie celnym? Gdyby tuż po wyroku NSA zwrócono nam niesłusznie zagarnięte przez fiskusa pieniądze, dziś rozmawialibyśmy o trudach utrzymania pozycji lidera.

Jak to się odbiło na wynikach firmy?

P.C.: Do czerwca 2003 r. mieliśmy świetną sprzedaż — choć wskutek tego zamieszania zrezygnowaliśmy z dystrybucji. W 2002 r. sprzedaliśmy najwięcej komputerów na polskim rynku. Przez pierwsze 6 miesięcy roku 2003 też było dobrze. Wygraliśmy kilka przetargów, firma przędła coraz lepiej. Ale ciuciubabka z izbą trwała.

To znaczy?

P.C.: Taką mniej więcej dyskusję prowadziłem: Kochana Izbo! A jak te komputery znalazły się w składzie celnym, skoro nam mówicie, że nam odliczenie nie przysługuje? Odpowiedź: to nie jest decyzja ostateczna, podatnikowi przysługuje prawo do odwołania. NSA dostarczył pisemne uzasadnienie decyzji do izby skarbowej 14 sierpnia 2003 r. Izba na wydanie decyzji ma 60 dni, a w szczególnie skomplikowanych przypadkach — 90. Decyzję powinniśmy zatem dostać 14 października, no góra — do 14 listopada!

I co?

P.C.: Wojna podjazdowa trwała. Wpierw izba skarbowa wydała decyzję co do sierpnia, września 1998 r. i lutego 1999 r. Co do października, listopada i stycznia zdecydowała, by Urząd Kontroli Skarbowej ponownie rozpatrzył, naliczył itd. Mieliśmy 30 dni na odwołanie do NSA. A UKS — następne 90 dni na decyzję. Ręce opadają... Co do grudnia nadal nie było decyzji.

Dlaczego tak bardzo zależało Wam na rozstrzygnięciu co do grudnia?

P.C.: Kwota grudniowa to 90 proc. spornej sumy! Taka była zabawa do 14 stycznia 2004 r. Po kolejnym wyroku w sprawie karno-skarbowej izba nareszcie podjęła decyzję o zwrocie całej kwoty. Pyrrusowe zwycięstwo. Wygraliśmy 4,5-letni bój. Gdyby pół roku wcześniej...

To co?

P.C.: Słyszałem argumentację, że skoro firma sobie radziła, to te 20 mln zł nie powinno mieć wpływu na działalność. I że przyczyną fatalnej sytuacji było — tak naprawdę — złe zarządzanie. Jeżeli firma prowadzi działalność produkcyjno-handlową — potrzebuje kredytów, musi więc mieć zdolność kredytową — a zatem i odpowiedni poziom kapitałów własnych. Instytucje finansowe wierzyły nam na słowo; gdyby było inaczej, zakończylibyśmy działalność w roku 2000, najpóźniej w 2001.

W końcu skończyło się zaufanie banku.

P.C.: W zeszłym roku. To był gwóźdź do trumny. W wyniku tych skandalicznych i nielegalnych restrykcji firma odnotowała stratę. Zgodnie z postanowieniem ministra finansów bank ma wówczas obowiązek stworzyć rezerwę na udzielone kredyty w wysokości kwoty kredytowej. Gdybyśmy mieli te 20 mln zł, nie mielibyśmy problemów z kredytowaniem... Musieliśmy też spłacać stare kredyty — zachwiało to naszą płynnością finansową. I zaczęliśmy się spóźniać ze spłatami dla wierzycieli. Wszystko było zastawione w Kredyt Banku na 80 mln zł, choć kredytu na koniec 2003 r. mieliśmy 35-40 mln zł.

A pieniądze zwrócone przez izbę?

P.C.: Trafiły na nasze konto w styczniu 2004. Niecałe 20 mln.

Miało być 23 mln.

P.C.: Co do kwot za sierpień, wrzesień i luty złożyliśmy tymczasem ponowne odwołanie do NSA. Poza tym komornicy zaczęli zajmować konta w imieniu wierzycieli — trudno się zresztą dziwić. A gdy pod koniec 2002 r. bank nas przycisnął, zaczęliśmy zalegać z płatnościami na rzecz US. Leciały odsetki karne — nic to, że de facto mieliśmy nadpłatę 20 mln zł. To wpływało dodatkowo na nasz wynik... Istne perpetuum mobile! A teraz... Mimo że firma jest w procesie upadłości – z układem z wierzycielami, w bilansie wychodzi zysk netto 4 mln zł! Paradoks.

Co teraz?

P.C.: Wszystko zależy od tego, czy wierzyciele — bank i dostawcy (typu Microsoft, Intel) — dadzą jeszcze firmie szansę.

Są pozytywne sygnały?

P.C.: Są. Ale pracowników zostało ze 30. Kiedy nam świetnie szło, było ich blisko 400. Żeby efektywnie prowadzić tę firmę, trzeba co najmniej 150 osób... Rozmawiamy jeszcze z partnerami z branży, którzy — być może — wesprą nas w odradzaniu firmy. Biznesplan zakłada produkcję około 20 tys. komputerów rocznie. W 2002 r. wytwarzaliśmy 70 tys...

Jaki wasi rozmówcy mają w tym interes?

P.C.: JTT byłoby odbiorcą ich produktów. I mogłoby spokojnie zająć się tym, co robi najlepiej — czyli produkcją komputerów, marketingiem, brandowaniem i serwisem. Nie byliśmy firemką. Adaxy stoją w ministerstwach, sejmie, senacie, kancelariach premiera, prezydenta; Europejskie Centrum Badań Jądrowych pod Genewą też kupowało u nas serwery. Według naszych obliczeń, 70 proc. komputerów w polskich szkołach pochodzi z JTT.

I wszystkie nieszczęścia za sprawą jednej osoby, która orzekła, że interpretacja przepisu winna być inna? Nie do wiary!

P.C.: Tak to wyglądało... Przypomnę jeszcze proces karno-skarbowy, wytoczony zarządowi spółki. Strony tytułowe gazet były nasze! Złodzieje w białych kołnierzykach, okradli państwo! Pani sobie wyobrazi... Prowadzi pani firmę i nagle dowiaduje się z głównego wydania Wiadomości TVP, że jest pani złodziejką!

Nie wyobrażam sobie.

P.C.: No, dostawcy i bank promienieją wręcz z radości!!! Potem przez trzy miesiące po tej aferze medialnej nie robiliśmy nic, tylko przekonywaliśmy wszystkich, że nic się nie stało. O ile bank w samej końcówce nie był nam pomocny, to wówczas — gdyby nas nie wsparł — to błyskawicznie by nas nie było. Na szczęście marka firmy i komputera są inne — i nasze towary nie kojarzyły się z dramatyczną sytuacją przedsiębiorstwa. Na szczęście wszystkie izby: teleinformatyki i komunikacji, elektroniki popierały nas. Również BCC. To nam pomogło.

Wie Pan, kto naprawdę to wszystko wywołał?

P.C.: Inspektor kontroler pojawił się u nas, mówiąc krótko, na zamówienie. W procesie karno-skarbowym wyszło, że na zlecenie prokuratury (fakt, ma do tego prawo). Ale dlaczego? Nie wiem. Pana inspektora widziałem raz — przy podpisywaniu protokołu. Pół roku inspektor kontroli skarbowej nie chciał ode mnie wyjaśnień, coś tam sobie po cichu kompletował, zbierał i w końcu dał do podpisania. Przeczytałem. I mówię: „Pan mnie zaskakuje! Pan potrafi pisać kryminały...”. Do protokołu dołączono zeznania kierowców, świadków z postępowania karno-skarbowego, które prowadziło Centralne Biuro Śledcze, nadzorowane przez Wydział ds. Przestępczości Zorganizowanej.

I co tam stało?

P.C.: Na przykład, że w firmie czeskiej występował pan o rosyjsko brzmiącym nazwisku, biegle mówiący po polsku Czech. O, jaki wątek kryminalny... Daję słowo, to nie groteska — tak zaprotokołowano.

Podpisał Pan?

P.C.: Powiedziałem: chcę mieć kopię, bo nie podpiszę. Nie chciał się zgodzić. Ja na to: jak mi Pan nie zostawi kserokopii — przepiszę dokument. Koniec końców kopię zostawił.

W marcu 2000 r. wybuchła wielka afera w mediach, mimo że dopiero złożyliśmy pierwsze odwołania do izby. A już stwierdzono, że „jest afera podatkowa”... Naczelnik izby skarbowej Ewa Kontek, która wydała decyzję w naszej sprawie, wcześniej podpisała się pod opinią innej firmy z Wrocławia, że podobne działanie jest zgodne z prawem. Aby rozstrzygnąć cień wątpliwości co do postępowania z naszym towarem w składzie celnym, występowaliśmy do urzędu skarbowego o interpretację przepisów. Odpowiedź? To działanie prawidłowe. Akt oskarżenia sporządzono dopiero w grudniu 2000 r. — postępowanie podatkowe jeszcze nie zostało zakończone, NSA się jeszcze nie wypowiedział. Prokurator — miałem przyjemność prowadzenia z nim rozmów — dopiero w listopadzie 2000 r. zakupił sobie książkę o VAT...

Dobrze, że w ogóle....

P.C.: Kiedy przeczytałem akt oskarżenia, stwierdziłem, że się z nim zgadzam. Ale pod warunkiem, że — prócz mnie — na ławie oskarżonych zasiądzie: minister finansów, który akceptował takie prawo i który nadzoruje Urząd Celny (i który zwalniał firmy z płacenia VAT — JTT do nich nie należało, występowali o to odbiorcy!). Niech koło mnie zasiądzie też prezes Głównego Urzędu Ceł i minister edukacji narodowej, występujący z prośbą o zwolnienie (o czym wszyscy wiedzieli, a minister finansów w szczególności) i szefowie firm naszych klientów, którzy wygrali przetarg. Spotkania z urzędnikami, nasze rozprawy to niegasnące źródło anegdot. Teraz, bo wtedy wcale nie było nam do śmiechu... Nie mogę ścierpieć, że w głównym wydaniu dziennika podano, że jestem przestępcą...

Jak Pan zareagował?

P.C.: Byłem na konferencji w Finlandii. Najpierw telefonowano do stojącego obok prezesa NTT: czy Paweł na pewno tam jest? Bo media podały, że go aresztowano... Ale byłem tam. Nadal nie jest dla mnie zrozumiały upór i argumentacja „ścigających” mnie ludzi. Nie tylko przecież prof. Witold Modzelewski — twórca ustawy o VAT — oświadczył, że JTT działało zgodnie z prawem. Wyroki sądów — „cofnąć, umorzyć”. Ale urzędnik wie lepiej! Rany boskie, przecież on nie może stanowić prawa! Ani go interpretować — od tego jest ustawodawca.

Zobaczył Pan jeszcze raz tego inspektora?

P.C.: Na rozprawie. Zeznania rozpoczął od tego, że urzędy skarbowe są po to, by gnębić podatnika — to jest w protokole sprawy. Może warto by go opublikować? Przysłuchiwałem się też przesłuchaniu drugiego inspektora, który — ponoć — też nas kontrolował. Z tego, co mówił, wynikało, że nie wiedział, gdzie był na kontroli, co kontrolował i co ustalił. Tak w skrócie można powiedzieć. Na pytanie: „Jak pan rozumie przepis ordynacji podatkowej, który został odczytany?”, motał się: to było tak — a za chwilę — nie, nie, nie — a jednak tak. Nieprzygotowany student na egzaminie lepiej odpowiada!

Tak Pan usłyszał: by gnębić podatnika?

P.C.: No nie... Coś takiego: istnieje naturalny konflikt między podatnikiem a urzędem skarbowym, a urzędy są od tego, by... Może to jest wrocławska szkoła podatkowa? Ale nie sądzę, bo ostatnio wypowiadał się w naszej sprawie wiceminister Ciesielski...

Krewny?

P.C.: Broń Boże! Przypadkowa zbieżność nazwisk. Pan Ciesielski stwierdził, że decyzje urzędników są w porządku, tylko prawo kretyńskie. Prawo było, jakie było — ale urzędasy o mentalności z czasów, które niby bezpowrotnie minęły, ewidentnie go nagięły. Bo podatnikowi trzeba dokopać. Nie przyjdzie im do głowy, że kiedy zarżniemy tę kurę, to nie będzie nic... Nie, nie kurę — może lepiej owcę, bo w wywiadzie po styczniowym orzeczeniu sądu Ewa Kontek z wrocławskiej izby skarbowej stwierdziła, że podatnik to owca, którą się strzyże, a nie zarzyna...

Piękna metafora...

P.C.: Prawda? Tyle że tego strzyżenia owca często nie przeżywa. Czasem nożycami przypadkiem przejedzie się po tętnicy. Albo inny cytat z rozpraw: urzędników podatkowych uczą różnej interpretacji prawa...

JTT będzie się biło o odszkodowanie?

P.C.: Zdecydują akcjonariusze. Ale chyba tak! Także pracownicy mogliby wystąpić z pozwem o utracone miejsca pracy. I chyba wystąpią. Firma chciała się rozwijać, szukała inwestora...

Były jakieś konkretne rozmowy?

P.C.: Tak. Ale zawsze sprowadzały się w końcu do tego samego: rozwiążcie najpierw swoje problemy... Na giełdę... Pani sobie wyobrazi, że w prospekcie emisyjnym stoi: głównym kłopotem firmy jest spór podatkowy z urzędem skarbowym o odzyskanie 10,5 mln zł, a przeciwko firmie prowadzone jest postępowanie karno-skarbowe.... Wszyscy rzucają się do kupna akcji! Nawet się nie wygłupialiśmy.... Odcięto nam drogę rozwoju.

4,5 roku wegetacji... Pytam jeszcze raz: kogo Pan obwinia?

P.C.: Działano w porozumieniu. Ale czy to zmowa? Nie wiem. Tak jak śpiewał kiedyś Pietrzak: gdybym nie wiedział, że głupota, pomyślałbym, że prowokacja. Albo sabotaż. Nie chcę tak myśleć. Kto pociągał za sznurki? Wiem jedno: kontrolę zleciła prokuratura. Ale o co chodziło? Sprawę prowadzono z wielkim uporem. Na szczęście w październiku 2003 r. NSA w składzie 7 sędziów, wypowiedział się w sprawie Optimusa — podobnej, ale różniącej się od naszej.

Czym?

P.C.: Optimus występował o zwolnienie — a my nie, bo byliśmy tylko producentami, nawet nie uczestnikami przetargu. Jako ciekawostkę powiem, że po trzecim wyroku sądu (prokurator nie zapowiedział następnej kasacji, bo to już byłaby paranoja) Ewa Kontek z izby skarbowej powiedziała dziennikarzom, że to wielka szkoda, bo teraz sama została na placu boju...

Kiedy zrezygnował Pan z prezesury?

P.C.: Umówiłem się z akcjonariuszami, że będę do stycznia 2004 i doczekam finalizacji sprawy (moja kadencja upłynęła w sierpniu 2003 r.).

Ale odszedł Pan wcześniej.

P.C.: Bo chciałem złożyć wniosek o upadłość w październiku. Brak takiego działania wiązał się z odpowiedzialnością indywidualną. Akcjonariusze postanowili inaczej — bo przy wygranej sprawie byłby zysk 4 mln netto. W pewnym sensie mieli rację. Ale nowe prawo upadłościowe stwierdza, że jeżeli zaległości w płatnościach przewyższają określony próg, zarząd musi złożyć wniosek o upadłość. Bardziej to byłby postulat oddania spółki pod opiekę sądu... Akcjonariusze mieli nieco inne zdanie — i w październiku odwołali mnie z funkcji prezesa. No i zmieniłem branżę...

Jakaś nauka z tego całego doświadczenia?

P.C.: Stara zasada prawna głosi: wątpliwości rozstrzyga się na korzyść oskarżonego. Ale musimy pamiętać, że nie ma zastosowania, gdy chodzi o podatnika. A w prawie podatkowym na czyją korzyść rozstrzyga się wątpliwości?

Państwa?

P.C.: No tak daleko bym nie szedł. To urząd ma zawsze rację. Przecież urzędnicy mają systemy motywacyjne: od wydanych decyzji — premia!

Bez względu na słuszność...

P.C.: Czysto ludzkie działanie! A państwo straciło kilkakrotnie: zapłacili podatnicy. No bo 10 mln odsetek dla nas to niby skąd — przecież nie od inspektora z konta... Część naszych ludzi znalazła się na bezrobociu, znów płaci za nich podatnik. Rocznie samego VAT-u odprowadzaliśmy 70 mln zł plus podatki dochodowe, składki ZUS.

U nas łatwiej trafić do firmy, która ma pełną dokumentację i szperać do skutku — bo to można zweryfikować. I swoje zarobić! Trudniej złapać na gorącym uczynku szarą strefę — tam nie ma ewidencji, więc nie ma co kontrolować... No to po co zadawać sobie trud?