Już sama ordynacja zaprasza eurokrzykaczy

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2014-05-20 00:00

Jednym z argumentów rzucanych do walki na finiszu wyścigu do Parlamentu Europejskiego (PE) jest straszenie się przez dużych graczy tzw. eurosceptykami.

W Polsce rzeczywiście zaskakuje sondażowe poparcie dla listy Janusza Korwin-Mikkego, który wysysa wyborczą krew z imiennika i rywala w skandalizowaniu Janusza Palikota. Samo zjawisko skrajności nie powinno jednak szokować. W roku 2009 przygasło i wtedy polskie euromandaty przechwycił tylko główny nurt — PO, PiS, SLD i PSL. Ale na starcie naszej unijnej dekady, w roku 2004 zdecydowanie uniosceptyczna Liga Polskich Rodzin okazała się drugą siłą z 10 euromandatami, do których doszło jeszcze 6 miejsc Samoobrony.

FOT. Bloomberg
FOT. Bloomberg
None
None

U nas proporcjonalne ordynacje do Sejmu oraz do PE co do zasady różnią się niewiele. Ale w demokratycznej zachodniej Europie czynnikiem wręcz zapraszającym i zachęcającym ruchy nacjonalistyczne jest właśnie ordynacja, obowiązkowo proporcjonalna we wszystkich państwach.

Akademickim przykładem różnicy jest Wielka Brytania, gdzie w większościowych wyborach do Izby Gmin radykalna partia niepodległościowa może sobie wyłącznie pokrzyczeć podczas kampanii, zdobywając zero mandatów. Mandaty do Parlamentu Europejskiego natomiast zdobędzie na pewno i będzie głośna już oficjalnie na sali obrad plenarnych.

Takie ugrupowania łącznie mogą zdobyć co najmniej setkę z 751 miejsc w PE. Ale nie będą miały znaczenia, ponieważ są zbyt podzielone, by stworzyć zwartą grupę polityczną. Ich europosłowie w znacznym procencie zasilą kategorię tzw. niezrzeszonych, czyli od razu skierują się na margines decyzyjny. Ale co sobie pokrzyczą, to ich…