Dywidenda zamiast prywatyzacji — oto nowe gospodarcze credo. W miejsce planowanych wpływów z prywatyzacji, finanse publiczne mają żywić się regularną daniną, ściąganą z państwowych spółek. Nowa filozofia patronuje konsolidacji zamiast prywatyzacji. Patronuje walnym zgromadzeniom spółek państwowych w tym sezonie, wyciskających dywidendę, gdzie tylko można.
Ideowa melodia brzmi całkiem przekonywająco. Zamiast jednorazowej konsumpcji budżetowej poprzez „wyprzedaż majątku narodowego” mamy coroczne zasilenie. Dlaczego nie? Idea traci jednak mocno na atrakcyjności, jeśli w miejsce patriotycznych sloganów wstawiamy nazwę oddającą sedno — kapitalizm państwowy. Rzecz wypróbowana na wszystkich kontynentach, z wiadomymi skutkami. Wszędzie, także w Polsce, rodzi nieodpartą pokusę politycznej kolonizacji gospodarki, co klasycy IV RP nazwali „TKM-em”. I przeszli od słów do czynów! Po drugie, rachuba na systematyczne i wieloletnie profity może być zawodna, skoro pochodzą one częściowo od firm wykorzystujących pozycję monopolu naturalnego.
Europejski rynek z czasem skruszy te niewidzialne mury. Wystawi energetykę, telekomunikację i transport na rzeczywistą konkurencję. Chronione sektory, ufne w siłę państwowego patronatu, będą do nieuniknionego starcia gorzej przygotowane. Źródło dywidendy może stać się workiem bez dna — podobnie jak PKP i górnictwo — energicznie manifestując przed Sejmem i kancelarią premiera.