Mastercard dużo postawił na tę kartę. Gra w ciemno się opłaciła. W Polsce.
Dwa lata temu wielu sądziło, że owszem, to ciekawy gadżet, ale rynku na karty zbliżeniowe nigdy nie będzie. MasterCard upierał się, że w Polsce karty, które wystarczy przyłożyć do specjalnego czytnika, żeby zapłacić za zakupy do 50 zł, wprowadzi i że produkt się przyjmie. Właśnie mijają dwa lata, kiedy tak postanowił. Co osiągnął? Przede wszystkim przekonał banki, że warto klientom takie karty wydawać.
Najpierw do oferty dodał je BZ WBK, na początku bez przekonania. I trudno się dziwić, bo nie było gdzie nimi płacić. Potrzebny jest specjalny czytnik do tradycyjnego terminala w sklepie. Dzisiaj w całym kraju czytników jest 4 tys. Zbliżeniowymi kartami można płacić m.in. w Empiku, McDonalds’ie i Żabce.
— Osiągnęliśmy efekt kuli śniegowej. Obecnie same sieci handlowe zgłaszają się do nas — mówi Krzysztof Drzyzga z przedstawicielstwa Mastercard Europe w Polsce.
Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że w przyszłym roku kartą zbliżeniową będzie można płacić w salonikach Kolportera.
Zainteresowanie nowinką nie bierze się znikąd. Po pierwsze, Mastercard na razie rzuca na rynek dużo marchewki: płaci za czytniki (jednostkowy koszt to 400 EUR) i pobiera niższe opłaty intercharge od karcianych transakcji do 50 zł. Po drugie, rynek rozkręcają same banki, które odkryły, że zbliżeniówkę można nieźle ograć marketingowo.
ING Bank Śląski od niedawna oferuje klientom "zbliżaki", czyli kartę w formie niewielkiej naklejki, podobnie jest w Polbanku, który do spółki z Erą wydaje "naklejki zbliżeniowe" na komórki. Z kolei BZ WBK testuje zegarki, w których można zainstalować kartę zbliżeniową wielkości telefonicznej karty SIM.
Obecnie zbliżeniówki wydaje pięć banków. Krzysztof Drzyzga szacuje liczbę kart na 200 tys. paypassów Mastercarda, plus 100 tys. konkurencyjnej VISA, działających w bardzo podobnym standardzie paywave.
— Dla nas to bardzo duży sukces — mówi Krzysztof Drzazga, który uważa, że produkt szybko się w Polsce przyjmuje.
Dla kontrastu, w Szwajcarii pilotaż kart zbliżeniowych zakończył się fiaskiem, choć ruszył wtedy, kiedy u nas. Inwestycja w produkt rozpisana jest na wiele lat. Kart zbliżeniowych musi być około 10 mln, żeby nastąpił zwrot z niej.