Kataster to — według „Słownika wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych” Władysława Kopalińskiego — urzędowy spis, rejestr obiektów (gruntów, nieruchomości) z oszacowaniem ich wartości i wykazem dochodów, sporządzany głównie dla celów podatkowych. Pojawiają się więc pierwsze powody do obaw: chodzi o podatki. Jednak im dalej, tym ze skojarzeniami gorzej.
Etymologicznie słowo kataster wywodzi się ze średniowiecznej łaciny — od ca (pi) tastrum (wykaz pogłównego), a jego źródeł, z kolei, szuka się w słowie caput. No i jak tu się dziwić, że większość Polaków na sam dźwięk słowa kataster, podatek katastralny reaguje alergicznie. Przecież, patrząc również semantycznie, dwie trzecie tego słowa ma dokładnie taki sam trzon i brzmienie jak katastrofa. I to wcale niekoniecznie taka piękna jak u Greka Zorby.
Zdają sobie z tego sprawę autorzy biznesplanu rządowego programu zintegrowanego systemu informacji o nieruchomościach (systemu katastralnego) zakładając szeroką akcję informacyjną, medialną, we współpracy, przede wszystkim, ze wszystkimi stacjami telewizyjnymi. Na stworzenie nowego systemu, bo to jednak system, a dopiero później podatek, trzeba wydać kilka miliardów złotych. Może warto dodać odrobinę, zatrudnić prof. Bralczyka i „coś zrobić” z tym „katastrem”. Bo i o jeszcze bardziej nieprzystojne przejęzyczenie nietrudno.