Każda ekipa tęskni za swą Włoszczową

Jacek Zalewski
opublikowano: 31-10-2007, 00:00

W partyjnym sporze o lokalizację Stadionu Narodowego w Warszawie twardo stoimy po stronie Prawa i Sprawiedliwości. I to nie ja osobiście, lecz — jak się zorientowałem z luźnych rozmów — zdecydowana większość redakcyjnych kolegów. Zakładam, że podobnie rozkładają się opinie normalnie myślących warszawiaków. I nie chodzi bynajmniej o to, że na błonia przy Stadionie Dziesięciolecia mamy z siedziby „PB” kilka minut pieszo.

W ostatnich latach zwiedziłem kilka kompleksów olimpijskich w różnych miastach świata i stwierdzam, że teza PO o budowaniu obiektów tego typu obowiązkowo na peryferiach jest taką samą brednią, jak odwrotna teza PiS, że właśnie w centrach. Wszystko zależy tylko i wyłącznie od uwarunkowań lokalnych. Oto przykłady z Australii

— Sydney, które rozwijało się od portu, faktycznie w 2000 r. wyrzuciło miasteczko olimpijskie kilkanaście kilometrów w głąb lądu. Za to Melbourne postąpiło (fakt, że był rok 1956) odwrotnie — park olimpijski znajduje się w sercu miasta, a kilka lat temu nowoczesny stadion (głównie dla rugby i krykieta) wzniesiony został dokładnie na miejscu starego olimpijskiego. Barcelona w 1992 r. zlokalizowała centrum igrzysk u stóp Montjuc, czyli w mieście, za to przeludniony Pekin 2008 musiał wykorzystać peryferie. I tak dalej — żelaznej zasady nie ma.

Warszawa dostała dar od losu, że nad Wisłą uchowały się fantastyczne tereny, gwarantujące pogodzenie interesów Stadionu Narodowego (bezdyskusyjnie z bieżnią lekkoatletyczną!) oraz centrum konferencyjnego. W takiej koncepcji na pewno nie zmieszczą się tam jedynie deweloperzy z apartamentowcami dla finansowych elit. Stary Stadion Dziesięciolecia z przyległościami jest wręcz znakomicie, jak na stołeczne warunki, opleciony siecią komunikacji szynowej — tramwajowej, kolejowej i wytyczonej już drugiej linii metra. Wielokrotnie uczestniczyłem tam w wielkich imprezach — na Wyścig Pokoju wciskało się na siedząco i stojąco naprawdę 100 tys. ludzi — i pamiętam, że rozśrodkowanie takiego tłumu przebiegało nadzwyczaj sprawnie. Warszawa lewobrzeżna wracała całą szerokością mostu Poniatowskiego piechotą i po godzinie nie było śladu po meczu.

Od kilku dni nie możemy wyjść z szoku, po co Hanna Gronkiewicz-Waltz na własne życzenie wciąga się w lokalizacyjne bagno. Pogrywa obecnie wyjątkowo nie fair, ponieważ przez cały rok milczała, a nawet wspierała decyzjami administracyjnymi lokalizację nowego obiektu na lub przy Stadionie Dziesięciolecia. Bardzo charakterystyczne, że nie wystrzeliła z lokalizacyjnymi mirażami przed wyborami! Argumentacja PO za wyrzuceniem Stadionu Narodowego na peryferie jest miałka, ale jeden jej wątek okazuje się po prostu nieuczciwy — wliczanie wartości nadwiślańskiego terenu do kosztów budowy stadionu.

Wszystko to razem prowadzi do wniosku zapisanego w tytule. Dla kogoś, kto tak wspierał konieczność odstawienia budowniczych peronu we Włoszczowie od decydowania o przyszłości Polski — to szok.

Jacek Zalewski

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu