A miało być tak pięknie, spokojnie, wręcz świątecznie. RPP nie obcięła stóp. Produkcja wciąż rośnie — głównie dzięki eksportowi. Ale nie stwarza presji inflacyjnej. Same pozytywne informacje dotarły wczoraj na rynek. I tylko ten nieszczęsny Grzegorz Kołodko...
Nie chodzi jednak o sejmowe debaty, którym wystarczająco dużo miejsca poświęcił powyżej mój redakcyjny kolega. Chodzi o to, że Pan Minister tak się na sejmowej mównicy rozkręcił, że aż uprzedził posłów i przy okazji cały kraj, że publikowane o 16.00 przez GUS dane potwierdzą poprawę sytuacji gospodarczej. Minister zinterpretował to oczywiście jako swój sukces, co nie jest prawdą. Ale nie o to chodzi.
Problem polega na tym, że dlatego dane GUS publikowane są zawsze po godz. 16.00 i do momentu publikacji objęte ścisłą tajemnicą, że mogą mieć zasadniczy wpływ na rynek. Ten sam rynek, na którym resort finansów sprzedaje obligacje czy zamierza kupować waluty. Pojawiają się więc wątpliwości — skoro minister finansów zna dane GUS, które teoretycznie są tajemnicą, to jaki robi z nich użytek? I kto jeszcze ma do nich dostęp? I dlaczego?
Zdajemy sobie sprawę, że Główny Urząd Statystyczny musi współpracować z poszczególnymi resortami. Współpraca ta nie powinna się objawiać wyścigiem — kto pierwszy zakomunikuje społeczeństwu dobre wieści. Zgodnie z przyjętymi regułami, ministrowie mają obowiązek zachować w tajemnicy dane, które nie są publiczne. „Zapowiadanie” informacji GUS, jak zwykł robić to minister pracy, a wczoraj po raz pierwszy zrobił minister finansów, jest sprzeczne z zasadami gry rynkowej. Inna sprawa, że przy okazji mogą pojawić się pytania o siłę związku resortu finansów i statystyków z GUS. W końcu wszystkie dane są zaokrąglane. A Grzegorz Kołodko potrzebuje sukcesu...