KE chce nam ograniczyć limit CO 2 aż o 16,5 proc.

Agnieszka Berger, Magdalena Wierzchowska
opublikowano: 2005-03-09 00:00

Takie ograniczenie limitu emisji, przysługującego Polsce na mocy Protokołu z Kioto, jest dla nas nie do przyjęcia.

Komisja Europejska żąda od Polski ograniczenia limitu emisji dwutlenku węgla rozdysponowanego w ramach krajowego planu alokacji uprawnień do emisji o 16,5 proc. Poinformowała o tym we wczorajszym komunikacie.

Chcą zbyt wiele

Choć Ministerstwo Środowiska (MŚ) jest na razie ostrożne w komentarzach, wygląda na to, że jest to dla nas propozycja nie do przyjęcia.

— Dostrzegam ewentualne możliwości ograniczenia naszego rocznego limitu, ale w granicach 10 proc. Jeżeli Komisja Europejska rzeczywiście zażąda 16,5 proc., konsekwencją może być nieprzystąpienie Polski do międzynarodowego systemu handlu uprawnieniami do emisji — dodaje Wojciech Jaworski, dyrektor departamentu instrumentów ochrony środowiska w MŚ.

Nasz rozmówca zastrzega, że nie zna jeszcze oficjalnego stanowiska KE i jego uzasadnienia.

Tego samego zdania jest Bolesław Jankowski, prezes Energsys, firmy doradczej, która współpracowała z rządem przy opracowywaniu krajowego planu alokacji uprawnień.

— Ta wielkość jest nie do zaakceptowania przez polską gospodarkę. Firmy będą miały zbyt mało uprawnień w stosunku do potrzeb — mówi Bolesław Jankowski.

Lepiej przeczekajmy

Polska nie musi ugiąć się pod żądaniami KE. Obowiązujące są dla nas tylko postanowienia Protokołu z Kioto, które z zapasem spełniamy. Ten zapas moglibyśmy dziś sprzedawać na rynku międzynarodowym, nie mało na tym zarabiając, zwłaszcza, że w przeciwieństwie do Polski większość państw „piętnastki” ma niedobór uprawnień i będzie musiała je kupować. Właśnie te nadprogramowe korzyści polskich firm budzą niechęć KE. Komisja nie może nam formalnie nakazać ograniczenia limitu, ma jednak możliwość zablokowania naszego uczestnictwa w handlu międzynarodowym, bo przystąpienie do systemu wymaga zaakceptowania przez KE narodowego planu alokacji uprawnień do emisji. Może się jednak okazać, że rezygnacja ze sprzedaży nadwyżek zagranicą opłaci nam się bardziej, niż zgoda na ograniczenie limitów, które mogłoby skutkować tym, że krajowe firmy, zamiast sprzedawać nadwyżki, musiałyby je kupować, co podniosłoby koszty produkcji energii.

— W efekcie doszłoby prawdopodobnie do ograniczenia eksportu i wzrostu cen energii w kraju - uważa Piotr Syryczyński, ekspert z WS Attkins Polska, firmy doradczej zajmującej się ochroną środowiska.

Jego zdaniem, w tych warunkach rozsądniejsze może okazać się przeczekanie najbliższych trzech lat. Tylko tyle czasu ma obowiązywać plan alokacji. Potem negocjacje zaczną się od nowa. Na takim rozwiązaniu stracą tylko ci, którzy chcieli zarabiać na handlu emisjami.