Początek nowego roku to dobry okres do publikacji ogromnej liczby prognoz. Lubimy czytać o tym, co się wydarzy — tak jakbyśmy naprawdę wierzyli w to, że można posiąść szklaną kulę. Wielu z nas kieruje się tymi analizami. Późniejsze niepowodzenia zrzucamy na karb tych, którzy wystawili tę czy inną prognozę. Dostępne analizy i prognozy to narzędzia, z których możemy skorzystać, albo je zignorować. Inwestujemy pieniądze, prowadzimy własne firmy i to tylko my jesteśmy odpowiedzialni za własne decyzje. Tymczasem rzadko kiedy próbujemy sami ocenić przydatność tej bądź innej analizy. Nie potrafimy lub nie chcemy ocenić ryzyka, z jakim może wiązać się proponowana inwestycja. Mało kto z nas słyszał o czymś takim jak "zarządzanie kapitałem". A nawet, jeżeli tak, to znamy tylko kilka sloganów.
Jednym z nich jest ten, aby nasze łączne inwestycje nie wystawiały na ryzyko więcej niż 2 proc. posiadanego kapitału (w danym momencie). Ktoś powie, no dobrze, ale co mam z tym zrobić? Przede wszystkim dokładnie policz, ile możesz stracić na danej inwestycji. Rób tak zawsze, zanim skupisz się na potencjalnych zyskach — dzięki temu wtedy też nie będziesz się niepotrzebnie emocjonować. Zastanów się, czy w dobrym miejscu ustawiłeś zlecenia stop-loss (ucinające straty). Ustawianie zbyt wąskich zleceń może tylko zaszkodzić. Zbyt często będziemy "wypadać" z rynku i to mimo że będziemy mieć rację co do przyszłego kierunku notowań. Przy zmiennym rynku "stopy" powinny być dość szerokie, co, uwzględniając regułę 2 procent, wiąże się ze znacznym zredukowaniem naszej dźwigni finansowej. Czas odstawić na bok noworoczne marzenia o tym, że na rynku finansowym szybko zarobimy miliony. Inwestowanie to ciężkie rzemiosło, a nie prosta zabawa. Niech jednym z postanowień, które rzeczywiście wykonamy, będzie nasza edukacja w dziedzinie efektywnego zarządzania kapitałem. Poświęćmy też więcej czasu na dogłębniejsze poznanie rynków, na których zamierzamy inwestować w 2010 r. Tylko wtedy zwiększymy nasze szanse na sukces.