W ubiegłym tygodniu Andrzej Piechocki poinformował, że przejął kontrolę nad com.Investment, największym akcjonariuszem giełdowego MNI. Informacja przeszła niemal bez echa. I chyba słusznie. Nikt z uważnych obserwatorów rynku nie może mieć wątpliwości, że niezależnie od formalnych zmian, "MNI" od lat znaczy "Piechocki". A Piechocki to nie tylko MNI, ale także giełdowe: MIT oraz Hyperion. Ten ostatni: w przededniu fuzji z MNI Telecom — firmą z grupy MNI.
— Warunki łączenia MNI Telecom z Hyperionem będą fair dla akcjonariuszy obu firm. Tak jak było to w przypadku fuzji MIT z MNI Premium — zapewnia Andrzej Piechocki, szef rad nadzorczych MNI, MIT i Hyperiona.
Nie wszyscy mu wierzą. Na czerwcowym walnym Hyperiona przeciwko wszczęciu procedury fuzji zagłosowało prawie 30 proc. akcjonariuszy, a OFE Polsat uznał, że spółka nie przestrzega kodeksu dobrych praktyk. Zresztą w przypadku fuzji MIT z MNI Premium też nie wszyscy byli zadowoleni. Wątpliwości wzbudzała m.in. dziwna transakcja, jakiej kulisy opisaliśmy w "PB".
Za 1 złoty na Cypr
Pod koniec 2009 r. tradycyjną
działalność kartograficzną MIT przejęła za 1 zł cypryjska spółka Sunnytop
Investment, założona niewiele wcześniej. Jak ujawniliśmy: jej pełnomocnikiem
była Karolina Kocemba, prawniczka od lat pracująca dla grupy Piechockiego. A
polska aktywność Sunnytop ograniczyła się do tej transakcji oraz zakupu dwóch
innych spółek od MNI. Mimo to Piechocki zarzekał się, że nie wie, kto jest
właścicielem Sunnytop. I zaraz dodawał, że transakcja za 1 zł to dobre wyjście
dla MIT.
Tajemnicze spółki z rajów podatkowych, spory z innymi
akcjonariuszami, byłymi menedżerami czy kontrahentami, generalnie: ostra gra to
chleb powszedni biznesu prowadzonego przez Andrzeja Piechockiego. Za przykład
mogą posłużyć sprawy InternetQ i byłych udziałowców Neotela.
W pierwszym przypadku poszło o wielką loterię esemesową, jaką dla sieci Orange w 2009 r. organizowali mający greckie korzenie InternetQ (iq) i EL2, spółka zależna MIT. Już po jej zakończeniu EL2 wypowiedziała umowę IQ, odmawiając jej też wypłaty zdecydowanej większości wynagrodzenia (według umowy: 40 proc. zysków z loterii). Kontrolowana pośrednio przez MNI spółka zarzuciła IQ, że niezgodnie z umową nie uczestniczyła w kosztach loterii i że z jej winy w trakcie projektu dochodziło do problemów technicznych. Grecy się bronią, zapewniając, że koszty loterii za zgodą obu stron były potrącane z innymi należnościami IQ od EL2 i że sam Orange musiał być zadowolony, bo do prowadzenia następnych loterii wybrał nie EL2, ale właśnie IQ.
Zdaniem Piechockiego, dobrą puentą całego sporu jest to, że grecka spółka wycofała pozew przeciwko EL2. Z naszych informacji wynika jednak, że IQ jedynie poprawia wniosek do sądu.
Skok do gardła
W sądzie rozstrzygnie się też spór z
byłymi właścicielami Neotela. W maju 2008 r. MIT (jeszcze nie kontrolowany przez
MNI) kupił tę telekomunikacyjną spółkę, płacąc część ceny. Wypłatę reszty umowa
uzależniała od wyników firmy w 2008 i 2009 r. Początkowo sprawozdanie finansowe
Neotela, za 2008 r., zaudytowane i zatwierdzone przez walne zgromadzenie spółki,
wykazało zysk, uprawniający byłych udziałowców do dodatkowego wynagrodzenia.
Jednak już po przejęciu kontroli nad MIT przez MNI doszło do korekty
sprawozdania. I podstaw do wypłaty premii już nie było. A potem także zysk za
2009 r. okazał się za mały. Zdaniem byłych udziałowców Neotela w obu wypadkach
doszło do zaniżenia zysku po to, by nie wypłacać premii za sukces.
— Moglibyśmy jako MNI nie toczyć sporu z Internet Q czy z byłymi właścicielami Neotela i mieć święty spokój. Tylko pojawiłoby się pytanie: co z pieniędzmi naszych akcjonariuszy? Jeśli jako władze spółki wiemy, że mamy rację, to naszym obowiązkiem jest skoczyć do gardła i walczyć o swoje. Nawet jeśli ktoś nazwie nas przewalaczami. To możemy wziąć na klatę jako koszt, który musimy ponieść za naszą skuteczność — mówi Andrzej Piechocki.
Wilczy apetyt
Zapewnia, że w biznesie priorytetem dla
niego jest ograniczanie ryzyka.
— Do mnie nikt nie przyjdzie, żebym dał 20 mln zł na jakiś wydumany projekt. To dlatego akcjonariusze MNI, MIT czy Hyperiona mogą spać spokojnie — twierdzi Andrzej Piechocki.
Dziesiątek milionów złotych, utopionych w "wydumanych" projektach, na koncie
Piechocki rzeczywiście nie ma. Choć wokół niego dzieje się bardzo dużo. Od kiedy
MNI pojawiło się na giełdzie w 2003 r., przejmując kontrolę nad bankrutującym
Szeptelem, strategia grupy polega głównie na przejmowaniu kolejnych spółek.
Przede wszystkim z branży marketingu mobilnego i telekomunikacji. Ale nie tylko.
Legion Polska, First Class, Telestar, Telefonia Pilicka, dataCOM, PPWK (dziś
MIT), teraz Hyperion bynajmniej nie wyczerpują listy.
Tak dynamiczny rozwój
finansują trzy źródła: środki własne (wypracowane w poszczególnych firmach, ale
też znajdujące się na ich kontach w momencie przejęć), pieniądze z rynku (w 2007
r. MNI udało się zebrać w publicznej emisji ponad 60 mln zł) i kredyty (od lat
niezmiennie najważniejszym partnerem jest tutaj BRE Bank).
Coming out
Piechocki zwraca uwagę, że przy tak licznych
przejęciach firm sporów z byłymi ich właścicielami jest jak na lekarstwo. Nie ma
sporów, bo kupuje od siebie?
— Jak to od siebie? Przecież mnie nigdzie nie ma —odpowiada z uśmiechem.
Rzeczywiście MNI nie kupuje spółek bezpośrednio od Andrzeja Piechockiego. W przypadku kilku różnych transakcji powtarzał się jednak taki sam schemat. W pierwszym kroku Piechocki lub ludzie z nim kojarzeni sprzedawali daną firmę tajemniczej spółce zarejestrowanej na Cyprze lub gdzie indziej za granicą. W drugim te aktywa wędrowały dalej: do firm z grupy MNI. Szef rad nadzorczych Hyperiona, MIT i MNI twierdzi, że przykładów transakcji, przeprowadzonych inaczej jest znacznie więcej.
— Żadnej aktywności na Cyprze nie prowadzę. Nie jestem też beneficjentem żadnej z zarejestrowanych tam firm. Inna sprawa, że taki model, by uporządkować spółkę, rozwinąć ją i później sprzedać do MNI za pomocą jakiegoś bufora, który ogranicza ryzyka, jest mi bliski — przyznaje Andrzej Piechocki.
Czy rynek nie powinien jednak wiedzieć, kto kontroluje spółki z Cypru i czy aby nie jest to ktoś związany z MNI?
— To byłby koniec, nie zostałoby nic z mojej demoniczności. Żadnej tajemnicy — żartuje Piechocki.
Mówi tak, choć zdarzało się, że te tajemnice sporo go kosztowały. Z naszych
informacji wynika, że taki, a nie inny sposób działania nie podobał się m.in.
niektórym bankom i innym instytucjom finansowym. Być może to tłumaczy ostatnie
oficjalne ogłoszenie się właścicielem com. Investment, największego
akcjonariusza MNI…