STEEN JAKOBSEN
główny ekonomista Saxo Banku
Klif fiskalny w Stanach Zjednoczonych zagraża jedynej realnie pozytywnej obecnie sytuacji, czyli powolnemu ożywieniu gospodarki amerykańskiej. Przypomnijmy, co oznacza klif fiskalny pod koniec 2012 r.: o ile nie zostanie zawarte żadne znaczące nowe porozumienie, cięcia wydatków i podwyżki podatków za oceanem automatycznie sięgną około 600 mld USD lub 3,7 proc. PKB.
Jednak jak zwykle przewidywany jest kompromis, ponieważ znane postaci z Wall Street ustaliły, że nowy pakt może ograniczyć redukcję deficytu fiskalnego do 0,5-1,0 proc. PKB. Dlaczego klif fiskalny jest tak istotny dla giełdy? Ogólna zasada mówi, że zmiana PKB o 1 proc. powoduje zmianę wskaźnika zysku na akcję dla spółki z S&P500 o 5-7 USD. Według konsensu prognoz wskaźnik zysku na akcję dla S&P500w 2012 r. wynosi 100 USD, co oznacza, że wskaźnik C/Z sięga 14-15, a wartość godziwa indeksu 1400- 1500 pkt. Jeśli od zysku odejmiemy 5 USD, to uzasadniona wartość indeksu spada do 1330-1425 pkt przy założeniu, że mnożnik pozostaje bez zmian. Różnica jest więc spora. Bez nowego porozumienia fiskalnego będziemy mieli do czynienia z prawdziwym klifem, jeżeli będziemy zmuszeni do odjęcia 20 USD od prognozowanego zysku.
„Śmierć” akcji w mediach i wśród komentatorów to ważna wskazówka, że powinniśmy szukać oznak poprawy, zamiast płakać i zgrzytać zębami. Potrzebujemy jednak mandatu do zmian nie tylko w Europie, ale również w Stanach Zjednoczonych, jeżeli chcemy powrócić na właściwy tor.
Mimo to moje prognozy co do ryzyka w średnim i długim okresie pozostają optymistyczne, chociaż jestem przekonany, że wcześniej dojdzie do korekty. Przewiduję, że wyniesie ona 20-30 proc. i będzie katalizatorem większej hossy. Średni wskaźnik rentowności kapitału własnego dla spółek z S&P500, z wyłączeniem sektora finansowego, wyniósł po drugim kwartale ponad 20 proc., co nie jest złym wynikiem i dowodzi, że realna gospodarka ma się dobrze pomimo utrzymującej się inercji i błędów popełnianych przez polityków i banki centralne.