Kliniki kardiologiczne są bliskie zawału

Alina Treptow
opublikowano: 2013-12-13 00:00

Prywatne spółki obawiają się, że obniżki wycen i nieopłacone świadczenia zniweczą sukcesy branży z ostatnich lat

Tłuste lata kardiologia ma już za sobą. Nie wynika to jednak z poprawy stanu zdrowia Polaków, ale z obniżki wycen świadczeń medycznych i nieopłaconych przez Narodowy Fundusz Zdrowia (NFZ) tzw. nadwykonań, czyli zabiegów i operacji przeprowadzanych mimo wyczerpania puli zakontraktowanej przez płatnika. Zdaniem Grzegorza Goryszewskiego, prezesa i współwłaściciela sieci kardiologicznej Allenort, mającej 7 ośrodków, 2013 r. spółka zakończy stratą.

fot. Bloomberg
fot. Bloomberg
None
None

— Ponad 20-procentowa rentowność klinik kardiologicznych to już historia. W ciągu półtora roku w związku ze spadkiem wycen ich rentowność spadła o 15 pkt proc. i dzisiaj wynosi 5-7 proc. To nie koniec naszych problemów. NFZ już zapowiedział, że zapłaci tylko za 30-40 proc. nadwykonań, co spowoduje, że spółka w tym roku będzie pod wodą — mówi Grzegorz Goryszewski.

Prezes zwraca uwagę, że Allenort nie dostanie wszystkich pieniędzy, nawet za nadwykonania ratujące życie, za które publiczny płatnik musi zapłacić. Spółka podaje, że zaległości NFZ sięgają 2010 r.

— Kwestie najstarszych zaległości rozstrzyga obecnie sąd. Mamy nadzieję, że pozostałe fundusz spłaci — mówi Grzegorz Goryszewski.

Po pierwsze, nie szkodzić

Zarządzający Allenortem twierdzą, że obecna polityka płatnika wobec kardiologii może zniweczyć to, co udało się zrobić w ciągu ostatnich dwudziestu lat. W latach90. pacjent z zawałem, który trafił do szpitala, miał 85 proc. szans na przeżycie. Dzisiaj to aż 96,5 proc.

— Manipulowanie przy tym, co działa dobrze, jest naszą specjalnością narodową — komentuje Marek Szufladowicz, wiceprezes i współzałożyciel Allenortu.

Prezes sieci zwraca uwagę, że trwa nagonka na kardiologię. Wytyka się lekarzom, że zarabiają krocie, a branży — że jest zbyt zyskowna. — Ministerstwo nie ma możliwości obniżenia wynagrodzeń, więc różnymi wymaganiami i restrykcjami [jak np. dodatkowe wymagania sprzętowe — red.] próbuje wymusić na firmach obniżkę. Nowe wymogi to dodatkowe koszty, które zmuszają firmy do szukania oszczędności — również w płacach. Obawiam się jednak, że lekarze nie zgodzą się na obniżki i część zdecyduje się wyjechać z kraju. W przypadku kardiologów interwencyjnych, których dzisiaj jest o połowę za mało, takie decyzje mogą mieć tragiczne skutki, również dla biznesu kardiologicznego. Brak kadry może zakończyć się zamknięciem nawet połowy placówek specjalizujących się w kardiologii interwencyjnej [obecnie jest ich. ok. 140 — red.] — mówi Grzegorz Goryszewski.

Po drugie, wpuścić konkurenta

W lepszej sytuacji jest lider rynku — Polsko-Amerykańskie Kliniki Serca (AHP — American Heart of Poland), których jest ponad 20. Prof. Paweł Buszman, założyciel i akcjonariusz AHP, twierdzi, że grupa sobie poradzi i będzie na plusie.

— Zawdzięczamy to zdywersyfikowanym przychodom. Jednak sytuacja nie jest dobra. Na koniec 2013 r. nasze nadwykonania tylko w przypadku procedur ratujących życie wyniosą 70 mln zł. Obawiamy się, że NFZ zapłaci tylko za część z nich, a o resztę będziemy musieli walczyć w sądzie. Otrzymujemy sygnały od płatnika, że mamy nie przekraczać limitów. W przeciwnym razie musimy liczyć się z kontrolami. Pytanie, co zrobić, gdy stan pacjenta jest krytyczny — mówi Paweł Buszman.

Zdaniem Konfederacji Lewiatan, receptą na ten problem byłaby konkurencja dla płatnika. Pracodawcy uważają, że to pozycja monopolisty pozwala NFZ nękać świadczeniodawców kontrolami, potrąceniami, przewlekłymi postępowaniami czy nieopłaconymi umowami. Zdaniem prof. Buszmana, taka polityka funduszu może doprowadzić do utraty płynności przez kliniki kardiologiczne, co dla części placówek i ich pacjentów może skończyć się dramatycznie. Ofiarą polityki NFZ padł już Cardinox. Spółka medyczna prowadziła w Busku-Zdroju placówkę kardiologiczną. Nie miała kontraktu i opierała działalność na świadczeniach ratujących życie. Trudności ze ściągnięciem pieniędzy od jedynego płatnika skłoniły zarządzających Cardinoksu do zamknięcia ośrodka. Marcin Pasternak, prezes kliniki Intercard, informuje, że w tym roku zarządzana przez niego spółka odczuła spadek rentowności o połowę.

— Na szczęście udział nadwykonań w naszych przychodach nigdy nie był zbyt duży — obecnie nie przekracza 20-30 proc. — twierdzi Marcin Pasternak. Komentarza NFZ nie udało się nam uzyskać.

Ważne liczby

140

Tyle placówek kardiologii interwencyjnej działa w Polsce…

400

…a tylu jest kardiologów interwencyjnych. Zdaniem ekspertów, o połowę za mało.

 

Nowe zarządzenie prezes NFZ dyskryminuje mniejsze kliniki kardiologiczne — alarmują przedsiębiorcy

Nad klinikami leczącymi sercowe dolegliwości Polaków znowu zbierają się czarne chmury. Nie dość, że musiały poradzić sobie z obniżką wycen, Narodowy Fundusz Zdrowia (NFZ) szykuje dla nich przepisy, które dodatkowo utrudnią im udział w wyścigu po publiczne pieniądze. Zdaniem prof. Pawła Buszmana, założyciela Polsko-Amerykańskich Klinik Serca (AHP — American Heart of Poland), płatnik chce wprowadzić wymogi, które doprowadzą do dyskryminacji mniejszych, często prywatnych ośrodków i pogorszenia jakości leczenia.

— Zarządzeniem prezes NFZ kuchennymi drzwiami próbuje wprowadzić referencyjność placówek medycznych [podział na kategorie — red.]. W przypadku oddziałów kardiologicznych widać wyraźnie, że liczy się ilość, a nie jakość. Kryteria wyraźnie promują placówki większe, o większej liczbie łóżek, zwiększając ich szanse na kontrakt z funduszem i zapewniając wyższą wycenę tych samych procedur. Takie rozwiązanie dyskryminuje mniejsze ośrodki, często prywatne, które nie mogą konkurować liczbą zabiegów i łóżek z dużymi publicznymi szpitalami. Jedynym kryterium oceny powinna być jakość leczenia, mierzona np. wynikami i innowacyjnością wykonywanych zabiegów — uważa prof. Paweł Buszman.

Nie ilość, ale jakość

Grzegorz Goryszewski, prezes sieci kardiologicznej Allenort podziela opinię konkurenta.

— Dlaczego szpital, który ma większą liczbę łóżek, miałby być lepszy od mniejszego konkurenta? To nie łóżka leczą pacjentów, ale lekarze. To lepszej jakości sprzęt, bardziej doświadczona kadra, większa liczba specjalistów, mniejsza liczba powikłań oraz wyniki leczenia powinny decydować o miejscu w rankingu — uważa Grzegorz Goryszewski.

Zdaniem Andrzeja Troszyńskiego, rzecznika NFZ, wymagania dotyczące dodatkowej liczby łóżek mają jednak uzasadnienie.

— Placówki z większym potencjałem zapewniają bardziej kompleksowe leczenie. Np. ciężka niewydolność serca wymaga leczenia na oddziale intensywnego nadzoru kardiologicznego — mówi Andrzej Troszyński.

Marek Wójcik, ekspert ds. zdrowia w Związku Powiatów Polskich, zwraca uwagę, że to niejedyne przepisy, które dyskryminują mniejsze ośrodki.

— Nowelizacja ustawy o świadczeniach medycznych finansowanych z pieniędzy publicznych wprowadziła kryteria kompleksowości i ciągłości leczenia [będą obowiązywały przy kontraktowaniu na 2015 r. — red.]. Przepisy uderzają w najmniejsze placówki — szpitale powiatowe i prywatne mogą przegrywać konkursy o publiczne pieniądze z dużo większymi rywalami — twierdzi Marek Wójcik.

Przedstawiciele dużych szpitali ripostują. Zdaniem Ewy Książek-Bator, szefowej gdańskiego szpitala klinicznego, duże placówki, np. szpitale kliniczne, powinny być traktowane inaczej.

— Leczą najtrudniejsze przypadki, dlaczego więc nie miałyby być za to premiowane — mówi Ewa Książek-Bator.

Mniej, czyli więcej

Paweł Buszman zwraca uwagę, że rozwiązania proponowane w ostatnim zarządzeniu płatnika wprowadzają tylko pozorne oszczędności. — Przykładem jest wymóg, by co najmniej 20 proc. świadczeń kardiologicznych u chorych powyżej 69. roku życia było przeprowadzanych w ramach leczenia zachowawczego [nieinwazyjnego, np. farmakolo- gicznego — red.]. Sęk w tym, że w tej grupie wiąże się ono z dużym ryzykiem i jest nieskuteczne, np. śmiertelność w przypadku ostrych zespołów wieńcowych sięga 40-50 proc. Oszczędności są pozorne, bo znaczna część pacjentów w końcu i tak trafi na salę operacyjną, ale w dużo gorszym stanie. Ich leczenie będzie więc znacznie droższe — twierdzi prof. Paweł Buszman.

Grzegorz Goryszewski również uważa, że przyjmowanie takich założeń nie ma sensu.

— W medycynie wielu rzeczy nie można przewidzieć z góry. Metody leczenia dobiera się indywidualnie dla każdego pacjenta — mówi Grzegorz Goryszewski.

NFZ nie podziela tych wątpliwości. Twierdzi, że jest wręcz przeciwnie — zapis, którego sensowność podważają przedsiębiorcy, zagwarantuje osobom starszym lepszy dostęp do świadczeń.