Nie milkną echa dziwnej, środowej końcówki sesji na GPW. Zwłaszcza, że
pesymista miał najwyraźniej rację otwierając w środę krótką pozycję na rynku
kontraktów terminowych na indeks Wig20. Dzięki czwartkowym spadkom zarabia
krocie.
- Zauważyliśmy to nietypowe zdarzenie. Wyjaśniamy, czy nie doszło do
manipulacji. Identyfikujemy zleceniodawców – mówi nam Łukasz Dajnowicz, rzecznik
Komisji Nadzoru Finansowego.
Przypomnijmy. W środę, tuż przed końcem notowań ciągłych na rynek akcji
trafiło duże zlecenie koszykowe, które załamało indeks WIG20 (o ok. 15 pkt), a z
nim kurs kontraktów terminowych na WIG20. Na fixingu kończącym sesję ktoś z
kolei dokupił akcji blue chipów dźwigając WIG20 w górę (różnica między indeksem
a kursem kontraktu wzrosła do aż 41 pkt). W tym samym momencie jakaś
niewidzialna ręką na potęgę handlowała na rynku terminowym. W jednym tylko
zleceniu właściciela zmieniło 1 tys. kontraktów.
- Na zakończenie sesji
kontrakt wykazał dość duży pesymizm odnotowując 41-punktową ujemną bazę. Takie
zachowanie rynku potwierdza nasze założenie, że rynkowi trudno będzie na tą
chwile rozwinąć większą tendencję wzrostową – czytamy w dzisiejszym, porannym
komentarzu analityków ING Securities.
Bardzo prawdopodobne, że duże, koszykowe zlecenia z rynku akcji miało jakiś związek z grubą rybą z rynku terminowego. Jeśli tak, to korzystając ze środowego zamieszania mogła ona bez większych problemów (kosztem day-traderów, którzy liczą na czwartkowe zmniejszenie się ujemnej bazy) otwierać na dogrywce kolejne, krótkie pozycje. Sugeruje to m.in. zwiększająca się liczba otwartych pozycji (LOP).
Według niektórych maklerów tak odważne decyzje na GPW podejmują zazwyczaj
inwestorzy z zagranicy. Zwłaszcza, że wczorajszy pesymista nie liczył się z
każdym punkcikiem na kontrakcie. Liczyła się tylko ogromna determinacja do
realizacji zlecenia.
- Krajowi gracze z reguły są ostrożniejsi i bardziej
oszczędni. Po co rzucać zlecenie na 1 tys. kontraktów, czy 30 mln zł na rynek
akcji, jak lepiej podzielić to na mniejsze części i zaoszczędzić na tym pare
groszy. Chyba, że ma się pewność co do kierunku, w którym podąży rynek – mówi
nam rozmówca związany z jednym z dużych, krajowych biur maklerskich.
W czwartek krajowe indeksy, przy niemal minimalnych obrotach, znów ledwo
stąpały na własnych nogach. Rano wystarczyło zaledwie 10 mln zł, aby zdołować
główny indeks WIG20 o 2 proc. Na rynku kontraktów dalej rośnie liczba otwartych
pozycji. Utrzymuje się też ogromna, ujemna baza (różnica między kursem
kontraktów na WIG20 a indeksem). Analitycy obawiają się, że to nie koniec
spadków.
- W pesymistycznym scenariuszu (choć na razie bardziej
prawdopodobnym), strona podażowa w niedługim czasie, podejmie kolejne próby
zepchnięcia rynku poniżej dołka z 4 lutego bieżącego roku (1.425 pkt) –
przewidują analitycy ING Securities.