„Puls Biznesu”: Czy nadzór planuje wprowadzić zakaz udzielania kredytów walutowych?

Wojciech Kwaśniak, zastępca przewodniczącego Komisji Nadzory Finansowego: Banków, które udzielają kredytów walutowych jest gasnąca liczba. To jest produkt niszowy dla niewielkiej grupy klientów o dochodach często dających się odnieść do stawek w walucie, a dodatkowo same banki mają obecnie świadomość ryzyk i kosztów z nimi związanych.
Na Węgrzech nadzór zakazał udzielania kredytów walutowych.
Nie ma powodu, żeby u nas zakaz wprowadzać. Wymogi kapitałowe dla banków są przeszło dwukrotnie wyższe dla kredytów walutowych niż dla złotowych, koszty refinansowania są wysokie. Poza tym mamy indywidualnie adresowane środki nadzorcze, żeby powstrzymać nadmierne apetyty na ekspansję kredytową, gdyby ktoś miał wątpliwości w sprawie kredytów walutowych. Dotyczy to w szczególności banków, których bilanse są już obciążone tymi kredytami.
Podobno nadzór nakazał dwóm bankom przemodelować model sprzedaży, by odwróciły proporcje sprzedaży kredytów mieszkaniowych tak by kredyty walutowe stanowiły niewielką tylko część.
Działania nadzorcze zależą od sytuacji poszczególnych banków, ich profilu ryzyka, struktury bilansu, czy jakości zarządzania oraz jakości ich właścicieli.
150 tys. kredytów bez wystarczającego zabezpieczenia
Skoro o bilansach mowa, spora grupa banków trzyma na bilansie kredyty udzielane przy wysokim LTV w latach 2007-08. Od tamtego czasu spadła wartość nieruchomości, a nominalna wartość kredytu urosła. Czy nadzór będzie wymagał od nich dodatkowych zabezpieczeń?
Problem zadłużenia przekraczającego 100 proc. wartości nieruchomości dotyczy około 150 tys. kredytów mieszkaniowych, czyli przeszło 10 proc. portfela. Ale pamiętajmy, że w polskich warunkach nieruchomość nie jest jedynym zabezpieczeniem. Już od 2006 r., kiedy wchodziła w życie rekomendacja S, banki udzielały walutowych kredytów hipotecznych osobom o wyższych dochodach. Po drugie portfel hipoteczny musiały poddawać poważnym stress testom, w tym dotyczących kursu waluty, w którym zakładano osłabienie waluty krajowej na poziomie co najmniej 30 proc. Dodatkowo portfel ten banki zabezpieczały wyższym kapitałem niż portfel złotowy. Dlatego też dzisiaj to każdy bank dokonując analizy portfela kredytowego musi sprawdzić sam, czy zabezpieczenia które posiada są adekwatne do poziomu ryzyka związanego z danym kredytem i czy interes banku w kontekście złożonych w nim depozytów jest efektywnie zabezpieczony.
Kiedy w 2009 r. banki próbowały renegocjować umowy z klientami dostały od nadzoru po łapach.
Tak, ale wówczas ocena nadzoru była taka, że mamy do czynienia z przejściowymi problemami, że są to czynniki o krótkoterminowym charakterze. Wówczas generalnie na rynkach finansowych przeważała taka ocena. Na rynku mieliśmy do czynienia z kryzysem płynnościowym, wydawało się, że rynki finansowe szybko z niego wyjdą. Nikt nie mówił o zagrożeniu strukturalną niewypłacalnością instytucji finansowych bądź państw. Dzisiaj sytuacja jest bardziej skomplikowana.
Jaka jest zatem ocena nadzoru dzisiaj?
Będziemy obserwować jak są zabezpieczone banki w konkretnych przypadkach. To jest kwestia działań w kontekście oceny ryzyka poszczególnych kredytów, relacji banku z klientem, ale również ponoszenia kosztów tego ryzyka przez właścicieli naszych banków. Dlaczego? Kredyty walutowe były mocno kwestionowane przez nadzór od początku, gdy pojawiły się na polskim rynku, czyli od drugiej połowy 2005 r. Na tym tle występowały bardzo silne napięcia między bankami, nadzorem, rządem, jak również klientami, bo pamiętam manifestacje klientów organizowane przez niektóre portale i organizacje, żądające prawa do ryzyka i zadłużania się w walutach obcych. W ramach działań jakie nadzór podejmował jeszcze przed kryzysem, prowadzony był bardzo intensywny dialog nie tylko z polskimi bankami, ale również z ich właścicielami będącymi międzynarodowymi grupami finansowymi oraz ich macierzystymi nadzorami. W ramach tych rozmów, gdy argumentowaliśmy, że kredyty walutowe zagrażają długookresowej stabilności naszych banków oraz naszego rynku, każda z tych grup międzynarodowych stwierdzała, że w pełni kontroluje to ryzyko w ujęciu skonsolidowanym, bo w jej bilansie aktywa w Polsce stanowią 2-3 proc. ryzyka, zaś ich strategiczna długoterminowa obecność na polskim rynku, daje gwarancje nie tylko kontroli ryzyka, ale i refinansowania tych portfeli w przyszłości ze względu na ich długoterminowy charakter.
Czasy się zmieniły.
Tak, ale czy to oznacza, że owe gwarancje i odpowiedzialność przestały zobowiązywać?
Czy w związku z tym nadzór może zwrócić się do wybranych banków, by przykładowo podwyższyły kapitały w polskich spółkach-córkach?
To jest przecież naturalne działanie każdego nadzorcy, gdy egzekwuje wcześniejsze zobowiązania, które ciążą na posiadaczu każdego znaczącego pakietu akcji. Im więcej posiada akcji tym więcej ma praw, ale i obowiązków. Jeśli właściciel przez lata kształtował politykę biznesową polskiego banku w czasach prosperity to jest oczywiste, że w czasach niestabilnych jest zobowiązany wspierać polski bank. W innym przypadku byłoby to działanie sprzeczne z podstawowym kanonem regulowanego rynku bankowego, tzn., że ktoś kto jest dopuszczany do prowadzenia działalności bankowej, daje gwarancję pozytywnego wpływania na stabilne i bezpieczne zarządzanie spółką , której akcje posiada.
W umowach kredytowych jest jednak zwykle zapis, że jeśli wartość zabezpieczenia jest niższa od wartości kredytu, bank może wystąpić o dodatkowe zabezpieczenia.
Jeśli jest taki zapis, to kwestią okoliczności jest stwierdzenie, czy jest podstawa do podjęcia takich działań przez bank. Tak jak inne czynniki oddziaływały na rynek dwa, trzy lata temu, tak inne czynniki występują dzisiaj. Banki muszą dokonać oceny zabezpieczeń i podjąć decyzję, przy świadomości jednak i takiej, że wszystkie działania w kontekście zmieniającego się obciążenia klienta nie są obojętne nie tylko dla stabilności banku, ale możliwości spłaty zobowiązania przez klienta. Jest to problem wspólny. Przy umowie strony umawiały się co do zasad współpracy. Klauza dająca możliwość wystąpienia z żądaniem przedstawienia dodatkowego zabezpieczenia wynika z przepisów prawa bankowego, które mówi, że jeśli bank uzna, że występuje realne zagrożenie poniesienia z tytułu udzielonego kredytu straty, a pamiętajmy, że banki zarządzają głównie środkami powierzonymi im przez deponentów, to jest zobowiązany zabezpieczyć swoje interesy tak by straty nie ponieść
Czyli jak rozumiem bank może również wypowiedzieć umowę?
Problem musi zostać rozwiązany między dwiema stronami. Muszą dokonać oceny i ustalić zasady dalszej współpracy, stwierdzając czy warunki kredytowe zmieniły się, czy kredyt wymaga doubezpieczenia, czy też, może się tak zdarzyć, umowa zostanie rozwiązana ze wszystkimi tego skutkami.
Po casusie Polbanku, który w 2009 r. wzywał klientów do renegocjowania umów kredytowych, na co ostro zareagował nadzór, banki nabrały przekonania, że KNF jest przeciwna renegocjowaniu umów.
Pamiętajmy, że Polbank działał w Polsce jako oddział instytucji kredytowej z innego państwa Unii Europejskiej. Przed kryzysem arbitraż regulacyjny był dopuszczany. Na szczęście to się zmienia, zaś obecnie Polbank jest po przekształceniu już w pełni bankiem krajowym.
Raiffeisen na giełdzie
A tak a propos kiedy Raiffeisen dostanie zgodę na przejęcie Polbanku?
To głównie zależy od strony zobowiązanej do sprawnego dostarczenia nadzorowi wszystkich dokumentów i oświadczeń.
To będzie jedyny duży bank, nieobecny na giełdzie. Czy nadzór będzie rozmawiał z właścicielem, żeby bank został upubliczniony?
Stoimy na stanowisku, że te banki które mają istotną pozycję na krajowym rynku, finansują się przede wszystkim lokalnymi depozytami, powinny być bardzo transparentne w swojej działalności, a temu najlepiej może służyć notowanie na giełdzie. Proszę popatrzeć na grupę Unicredit – sama notowana jest na giełdzie w Warszawie, jak również Bank Pekao. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby inni skorzystali z podobnego rozwiązania.
Czyli Raiffeisen Bank International mógłby być listowany i w Wiedniu i w Warszawie?
Ależ oczywiście, rynek polski jest otwarty dla wszystkich inwestorów.
A spółka córka?
Jest pytanie czy jej rozwój jest finansowany wyłącznie w oparciu o spółkę matkę czy o lokalne depozyty. Proszę policzyć jaki Raiffeisen ma udział w depozytach na polskim rynku i będzie Pan miał odpowiedź odnośnie optymalnego modelu.
Czy rynek jest przeregulowany
Od nowego roku wchodzą w życie kolejne elementy rekomendacji SII. Od 2006 r. kiedy to jeszcze Pan wprowadzał pierwszą rekomendację dla kredytów walutowych, ukazał się cały szereg regulacji. Czy rynek kredytowy jest już wyregulowany, czy też nadzór będzie dodawać nowych rekomendacje?
Jest wyregulowany, ale, widzimy to po regulacjach europejskich, ma to też swoje koszty krótkoterminowe i długoterminowe. Dla obydwu stron: dla banków i konsumentów. Ma też swoje koszty systemowe związane z możliwym ograniczeniem dostępu do kredytu i zjawiskami typu shadow banking. Problem ten dyskutowany jest w UE i nie tylko. W Polsce rynek kredytowy był silnie zdominowany przez banki zatem dokręcenie standardów w zakresie kredytowana nie będzie obojętne dla banków i całego rynku kredytowego. Będziemy starali się monitorować sytuację i po pewnym czasie ocenimy jak regulacja została wprowadzona w życie przez banki, ale też jaki ma wpływ na rynek regulowany i nieregulowany.
Kiedy można spodziewać się takiej oceny?
Sądzę, że w połowie przyszłego roku będzie to możliwe.
Można spodziewać się rozluźnienia niektórych regulacji?
Polski system bankowy zawsze postrzegany był jako restrykcyjnie regulowany, biorąc pod uwagę 20-letnie doświadczenia. Ważne, żeby nadzór rozumiał rynek i wiedział co jest dla niego dobre, nie w krótko, lecz w długoterminowej perspektywie.
Jakie jest nastawienie nadzoru w obecnych warunkach. Mamy dane o bardzo wysokiej sprzedaży detalicznej, co oznacza że Polacy kupują, ale są też prognozy nadciągającego spowolniania gospodarczego.
Polska gospodarka rozwija się szybciej niż inne, system bankowy jest dobrze skapitalizowany, wysoce efektywny. Dzięki temu, że w warunkach kiedy inni zastanawiają się czy ich pieniądze powierzone bankom są bezpieczne, polskie społeczeństwo jest przekonane, że tak jest. To przekłada się na optymizm jeśli chodzi o wydatki. To nie jest obojętne dla gospodarki. Oczywistym jest, że z uwagi na fazę kryzysu, który, jak wszystko wskazuje spowolni gospodarkę UE, polska gospodarka również będzie rozwijała się wolniej. To oznacza, że kredytobiorcy z jednej strony mogą ograniczyć apetyt na zadłużenie, a z drugiej same banki, w zależności jak postrzegają swoją pozycję i możliwości absorpcji ryzyka, mogą ograniczyć apetyt na nie.
Udział własny klienta będzie rosnąć
Regulacje mogą dodatkowo go ograniczyć. Pojawiła się opinia, że od przyszłego roku KNF może wymagać od banków, by nie udzielały kredytów bez wkładu własnego klienta na minimalnym poziomie 20 proc.
Praktycznie nie ma krajów, które by akceptowały sytuację, gdy bank udziela kredytu bez udziału własnego klienta. W dokumentach Komitetu Bazylejskiego oraz Komisji Europejskiej uznaje się, że każdy kredyt, w którym udział własny jest mniejszy niż 20 proc,. jest kredytem podwyższonego albo bardzo wysokiego ryzyka. Na polskim rynku banki z jednej strony stosowały bardzo restrykcyjne kryteria oceny zdolności kredytowej i wyższe wymogi kapitałowe na zabezpieczenie portfela mieszkaniowego. Ale jednocześnie starały się zdywersyfikować portfele kredytowe o różnym poziomie LTV. Przeciętny poziom jest poniżej 80 proc. Na pewno nie będzie zachęty ze strony nadzoru, by kredytować na 100 proc. wartości nieruchomości.
Ale czy będzie on nakazywał, że poziom LTV może wynosić np. maksymalnie 80 proc.?
Raczej bym się spodziewał, że w obecnych warunkach udział kredytów bez wkładu własnego będzie stopniowo wygasał niż że będzie się nasilał. Będziemy analizowali sytuację mając świadomość, że w kryzysie i tak mamy do czynienia z nadmiarem regulacji międzynarodowych. Trzeba uważać, żeby nadmierną aktywnością krajową nie przeregulować rynku. Aczkolwiek przypomnę, są rynki, gdzie jest twardo powiedziane, jaki może być maksymalny poziom LTV oraz jakie są dodatkowe wymogi kapitałowe dla banków związane z jego przekroczeniami.
Ryzyko wojny depozytowej
W ubiegłym tygodniu przewodniczący KNF wysłał do prezesów banków kategoryczny w tonie list w sprawie depozytów z jednodniową kapitalizacją przestrzegający przed zachwianiem płynnością banków. Z drugiej strony mamy mocne stanowisko banku Austrii, który nakazał krajowym bankom ograniczyć finansowanie spółek córek w naszej części Europy. Mamy szereg banków, które finansują się u spółek matek, czy nadzór będzie dążył do tego, żeby sektor się zbilansował?
Charakterystyczną cechą polskiego rynku, w przeciwieństwie do innych środkowo europejskich rynków, jest to, że banki prowadziły zrównoważony rozwój, w oparciu głównie o lokalne depozyty. Jeśli mówimy o działaniach regulatora austriackiego to jest ono wbrew temu co uzgodniono w Brukseli jako standard działania międzynarodowych grup kapitałowych w zakresie finansowania ich działalności na obszarze UE. Polskę te działania dotyczą w ograniczonym stopniu, ponieważ na naszym rynku działa jeden bank austriacki. On rozwijał się od początku inaczej niż inne spółki-córki austriackie w innych państwach Europy Środkowej i Wschodniej. My po prostu dążyliśmy do dywersyfikowania źródeł finansowania rozwoju banków. Teraz w kontekście standardu, który wyznaczył nadzór austriacki, polski bank się w nich mieści.
Czy nie boi się Pan wybuchu wojny depozytowej?
W mojej ocenie ryzyko jest ograniczone, zaś jego ewentualny wzrost mógłby w skrajnym przypadku, wynikać z tego, że podmioty, które dotychczas w sposób stabilny finansowały polskie banki zależne, odstąpiłyby od tego. Takie działanie byłoby na ich własną szkodę. Wyniki i efektywność polskiego sektora sprawiają, że w wielu międzynarodowych grupach elementem wzmacniającym ich stabilność jest bank w Polsce. Grupy bankowe liczą normy w ujęciu skonsolidowanym, więc trudno przypuszczać, żeby rynki na które nie musiały tworzyć rezerw, a są takie gdzie musiały dokonywać dużych odpisów, odcinały nagle od finansowania. To działałoby przeciwko ich interesom oraz osłabiałoby wartość ich inwestycji. Na koniec trzeba dodać zupełnie nieprawdopodobne założenie, że nadzór krajowy mógłby się zgodzić na takie rozwiązanie, że podmiot, który kształtował wcześniej strategię biznesową polskiego banku pod owo finansowanie, z dnia na dzień i bez konsekwencji dla siebie pozbawiłby polski bank finansowania. Na polskim rynku to jest wykluczone, podobnie jak na rynku unijnym.
Mówi się, że Santander korzystał z finansowania spółki córki w Wielkiej Brytanii.
To są pogłoski, a poza tym nie wiemy czy takie działania nie były uzgadniane wcześniej z nadzorem lokalnym. Po to są stworzone kolegia nadzorcze w Europie, żeby w sposób bardziej skoordynowany nadzorować działania grup bankowych. Obawy o wypływ płynności wynikają z założenia, że można prowadzić działalność biznesową w dużej skali na rynku regulowanym, tak jakby była to działalność na rynku nieregulowanym. To nie jest biznes typu „szczęki” jakie kiedyś stawiało się na chodniku. Rynek regulowany ma to do siebie, że jego wymogi egzekwowane są w każdym kraju UE.
W Polsce każda instytucja jest w pełni wypłacalna. Wiele z nich należy do lub jest zależna od grup bankowych zaliczanych do kategorii „za duży żeby upaść”. Przy okazji stawiania nowych wymogów kapitałowych w Unii Europejskiej powiedziano bankom, że jeśli nie znajdą prywatnego kapitału, to w ostateczności dostaną pieniądze publiczne. W związku z tym jakie jest realne ryzyko, że zagraniczne banki mogłyby zachować się nierynkowo psując swoją dobrą inwestycję i reputację, narażając się na rozliczne przykrości w odniesieniu do jednego z najlepszych w UE rynków bankowych?
„Repolonizacja” banków
Ostatnio szeroko dyskutowany jest pomysł „repolonizacji”, „udomowienia” banków. Jak nadzór odnosi się do pomysł przejmowania udziałów w polskich bankach od zagranicznych inwestorów?
Dyskusja toczy się wokół tego, że obecnie część transferu ryzyka idzie kanałem właścicielskim za pośrednictwem niektórych grup międzynarodowych, zatem pojawia się propozycja, że gdyby w miejsc inwestora uważanego za bardziej ryzykownego wstawić inwestora krajowego bądź inwestora z krajów o niższym poziomie ryzyka to systemowe ryzyko w Polsce by się obniżyło. Jeśli takie projekty się pojawią będą przedmiotem naszej oceny.
Tym co jest ogromnym osiągnięciem rynku polskiego jest to, że mamy rynek silnie konkurencyjny i nieskoncentrowany. Udział zagranicznych inwestorów jest duży, ale też mocno zdywersyfikowany, bo kapitał pochodzi z różnych krajów.
Sytuacja w wielu krajach jest jednak bardzo trudna, podobnie jest w grupach bankowych, które szukają kapitału, bądź muszą się delewarować. Jakie jest ryzyko gwałtownej chęci wyprzedaży aktywów w Polsce?
Chęć biznesowa wcale nie musi być tożsama ze swobodą jej realizacji. Dlaczego? Bo to jest cechą rynku regulowanego, że swoboda jest limitowana. Polski sektor bankowy jest zdrowy. Pamiętajmy też, że sytuacja niektórych zagranicznych właścicieli też nie jest aż tak zła. Mają pewne problemy, ale to nie oznacza, że nie stać ich na wspieranie polskich banków. Rozmawialiśmy z bankiem, który próbował argumentować, że musi się delewarować. Okazało się, że bank polski stanowi 0,15 proc. jego sumy bilansowej W innym przypadku bank polski stanowiąc około 3 proc. aktywów grupy wypracowuje przeszło 10 proc. zysku grupy.
Kilka dużych banków zostało wystawionych na sprzedaż.
To czy zostały wystawione na sprzedaż często jest wynikiem bardziej spekulacji medialnych niż rzeczywistych zdarzeń. Ale nawet w ramach tych spekulacji pojawiają się też i informacje, że niektórzy potencjalni sprzedawcy wycofali z wcześniejszych zamiarów.
Czy nadzór sprzyjałby takim projektom, jakie zostały zarysowane, czyli tworzenia funduszy z polskim kapitałem do przejmowania udziałów w polskich bankach.
Mówmy o dużych bankach, poważnych inwestycjach. Żeby w sposób odpowiedzialny się wypowiedzieć na ten temat, musielibyśmy zobaczyć projekty poparte wyliczeniami. Ja rozumiem, że jest jakiś rodzaj burzy mózgów. Jeśli z niej coś powstanie wówczas możemy się odpowiedzialnie wypowiedzieć. Pamiętajmy, że interes tych co potencjalnie chcieliby sprzedać musi spotkać się z interesem tych którzy potencjalnie chcieliby kupić. A dodatkowo jest jeszcze nadzór, który musi wszystko to zaakceptować, mając na uwadze interes banku i jego klientów oraz stabilność całego systemu bankowego.
Za polskim nadzorem stoją lata doświadczeń: lata 90., czy początek tego wieku, kiedy prowadzono niestandardowe działania, zamykając banki, przejmując niektóre przymusowo, decyzjami o charakterze władczym, nadzwyczajnym, które w Europie nie były prowadzone. Dzięki temu polskie prawo jest na tyle elastyczne i dobre, że nie ma potrzeby, jak to się działo na innych rynkach, kiedy wybuchł kryzys, szukania wielu nowych rozwiązań.
Czy nadzór będzie sięgał po nadzwyczajne rozwiązania? Kiedy sektor bankowy w Polsce był prywatyzowany jednym z najważniejszych zobowiązań inwestorów było zapewnienie stabilności polskich banków. Czy w sytuacji, gdy większość dużych grup kapitałowych nie jest obecnie w stanie samodzielnie finansować się na rynku, ten wymóg jest spełniony?
To nie nadzór prywatyzował banki. Jego rolą była troska o to, czy inwestor daje rękojmię stabilnego zarządzania bankiem. Dlatego od początku byliśmy w stałym i uczciwym dialogu ze wszystkimi inwestorami, rozmawiając o sposobach zabezpieczania ryzyka. Mamy ciągłość nadzoru, większość tych inwestorów mnie pamięta. Przewodniczący KNF Andrzej Jakubiak od lat 90. pracował nad rozwiązywaniem spraw kryzysowych i wypracowywania standardów w sektorze bankowym, a do końca 2006 r. obsługiwał prawnie Generalny Inspektorat Nadzoru Bankowego – to pomaga w efektywnych relacjach nadzorczych z instytucjami międzynarodowymi i krajowymi.
Rozmawiał: Eugeniusz Twaróg