Nastrój letniej kanikuły zdawał się powoli obejmować polską scenę polityczną, gdy nagle wicepremier Andrzej Lepper w jednym z radiowych wywiadów ogłosił, że jeśli przyszłoroczny budżet nie będzie prospołeczny, to Samoobrona wyjdzie z koalicji. Ponieważ trudno sobie wyobrazić spełnienie przez jakikolwiek budżet wszystkich prospołecznych oczekiwań Samoobrony, mogłoby to oznaczać, że wiosną czekają nas przedterminowe wybory parlamentarne. Byłaby to ponura perspektywa, bo układ sił politycznych w parlamencie zapewne zmieniłby się nieznacznie, a nic tak nie psuje budżetu jak kampania wyborcza. Politycy z pewnością wyrwaliby kotwicę budżetową i popłynęli na falach swoich obietnic.
Nawet jeśli do wcześniejszych wyborów nie dojdzie, to już widać, że jesienna debata budżetowa będzie nie mniej gorąca niż obecne lato. Prawo i Sprawiedliwość zdecydowało się na zawarcie dość kłopotliwej koalicji, a w miarę upływu czasu koalicjanci są coraz bardziej spragnieni sukcesu. PiS ma się już czym pochwalić swoim wyborcom — nie są to co prawda jeszcze miliony mieszkań i tysiące kilometrów autostrad, to jednak powodem do dumy może być powołanie Centralnego Biura Antykorupcyjnego i ustawa lustracyjna. Na tym tle osiągnięcia koalicyjnych partnerów wyglądają nader blado — władza wicepremierów Leppera i Giertycha jest mocno iluzoryczna. Lepperowi mimo gromkich zapowiedzi nie udało się otworzyć rosyjskich granic dla polskiego mięsa, a teraz jego wizerunek jako ministra rolnictwa może nadszarpnąć niewystarczająca reakcja na suszę. Wicepremier Giertych już w pierwszych dniach swojego urzędowania został przywitany protestami, a od tego czasu nie udało mu się poprawić wizerunku ani u uczniów, ani u nauczycieli. Wygląda więc na to, że korzyści z koalicji ma tylko jedna partia, ale ten stan rzeczy nie potrwa wiecznie.
Od dłuższego czasu Andrzej Lepper upomina się o więcej władzy dla Samoobrony — domaga się dymisji prezesa TVP, a to żąda stanowisk dla swojej partii, by wreszcie (nie po raz pierwszy i nie ostatni, upomnieć się o zasiłki. Lepper wyszedł ze skądinąd oczywistego założenia, że skoro Jarosław Kaczyński kilka razy z powodzeniem straszył koalicyjnych partnerów przedterminowymi wyborami, to teraz on postraszy Kaczyńskiego. Tym bardziej że Kaczyński ma, po objęciu funkcji premiera, znacznie więcej do stracenia niż jeszcze kilka tygodni wcześniej. Na razie ten straszak nie skutkuje, bo PiS stosunkowo dobrze wypada w sondażach. Jeżeli jednak Jarosław Kaczyński poważnie myśli o realizacji swoich planów, prędzej czy później musi podzielić się władzą. Na razie tylko z Samoobroną, bo Liga Polskich Rodzin nie stawia tak zdecydowanych żądań. Trudno się temu dziwić, patrząc na sondaże. Wybory postawią tę partię poza parlamentem, chyba że PiS litościwie podejmie próbę zmiany, na wzór samorządowej, ordynacji wyborczej do parlamentu.
Jarosław Kaczyński, tworząc koalicję z Samoobroną i LPR, liczył na stopniową marginalizację tych partii i wchłonięcie ich elektoratów. Na razie te przewidywania sprawdzają się tylko w odniesieniu do LPR. Samoobrona nie składa broni i jesienią premier stanie przed wyborem — albo pójdzie z tą partią na próbę sił, co może rzeczywiście zaowocować wcześniejszymi wyborami (albo powrotem do koncepcji rządu mniejszościowego, przy znacznie mniej przychylnym stanowisku Samoobrony), albo iść na ustępstwa i zawrzeć z Andrzejem Lepperem kolejny rozejm. Z punktu widzenia gospodarki obie te możliwości budzą poważne obawy.