Ostatnie badania firmy rekrutacyjnej Manpower wskazują wręcz, że u progu drugiego kwartału firmy zwiększyły plany zatrudnieniowe. Jest to kolejna jaskółka wskazująca, że gospodarka może powoli zaczynać proces wyjścia z dołka. Zostaje tylko nieprzyjemne pytanie o inflację, której spadek nie pasuje do tego obrazka.
Manpower od kilkunastu lat co kwartał prowadzi ankietę wśród firm na temat planów zatrudnieniowych. Jej wynik jest ciekawym wskaźnikiem dotyczącym rynku pracy, który, jak pokazują poprzednie cykle, może sygnalizować z wyprzedzeniem kierunek zmian zatrudnienia i bezrobocia.

Wskaźnik planów zatrudnieniowych firm na drugi kwartał wynosi +8 pkt proc., co oznacza, że taka jest różnica między odsetkiem firm, które chcą zatrudniać, a odsetkiem tych, które chcą zwalniać. Kwartał wcześniej ten wskaźnik wynosił -2 pkt. Jak pokazuje wykres, odbicie jest dość wyraźne. I jednocześnie ta zmiana sugeruje, że wzrost bezrobocia w najbliższych miesiącach jest mało prawdopodobny – wbrew projekcji NBP, o której pisałem kilka dni temu. Obecnie stopa bezrobocia liczona metodą badań ankietowych (BAEL) wynosi 2,9 proc. Według NBP do końca roku powinna wzrosnąć do 3,7 proc.
Choć sama firma tonuje trochę nastroje, ostrzegając, że faktyczne zmiany na rynku pracy są dużo wolniejsze niż wahania jej wskaźnika. „Aktualna prognoza rekrutacyjna firm, choć lepsza od poprzedniego kwartału, nadal jest bardzo daleka od pożądanych dwucyfrowych wskazań, które notowaliśmy przed pandemią. Mimo wzrostu ogólnej prognozy, a także wzrostów w ujęciu kwartalnym w niemal wszystkich badanych przez nas sektorach, nie spodziewamy się aż tak dużej dynamiki zmian na rynku pracy. Polscy pracodawcy bardzo szybko reagują na zmieniającą się sytuację na rynku, weryfikując swoje plany rekrutacyjne, a ta nadal nie jest komfortowa” – napisał Manpower. Trochę wygląda to tak, jakby badanie zaskoczyło jego autorów i obawiają się oni, że dane mogą w jakiś sposób być mniej reprezentatywne niż kiedyś (jest to możliwe z powodu zmian strukturalnych w gospodarce).
Bez względu na interpretację, badanie Manpowera pasuje do innych miękkich sygnałów z gospodarki. W Polsce i na świecie rosną indeksy PMI, obrazujące koniunkturę w przemyśle, a ich wzrost jest wiedziony głównie oczekiwaną poprawą koniunktury. Stopniowo poprawiają się nastroje konsumentów, co wynika z mniejszych obaw o drastyczne podwyżki cen energii.
Teraz czekamy tylko na to, czy twarde dane z gospodarki zaczną potwierdzać odbicie widoczne w nastrojach. To odbicie powinno być widoczne od drugiego kwartału, choć może raczej należałoby mówić o wyczołgiwaniu się z dołka. W miarę spadku inflacji siła nabywcza konsumentów powinna zostać odblokowana, co przełoży się na zakupy.
Wszystko wyglądałoby obiecująco, gdyby nie fakt, że trudno to wszystko połączyć ze scenariuszem wyraźnego spadku inflacji. Wprawdzie spadek z ok. 18 do ok 10 proc. odbędzie się dość szybko i łatwo dzięki tąpnięciu cen energii, ale przy tak mocnej gospodarce trudno liczyć, że fundamentalny trend inflacyjny się obniży. A ten trend wynosi ok. 10-12 proc. Tyle wynosi wzrost płac pomniejszony o wzrost wydajności pracy, tyle wynosi pęd cen bazowych z miesiąca na miesiąc.
Na razie bank centralny nic z tym nie zrobi, bo jest przekonany, że inflacja będzie samoistnie spadała. Ale widzę ryzyko, że w 2024 r. zamiast obniżek stóp możemy zobaczyć ich podwyżki lub przynajmniej stabilizację (wbrew obecnym oczekiwaniom dotyczącym cięcia stóp). I przez to rok 2024 może być gorszy od oczekiwań. Nie jest to prognoza, ale zarysowanie scenariusza ryzyka.
