Listopadowe płace i zatrudnienie cieszą pracowników i sprzyjają konsumpcji. Są też argumentem przeciwko obniżkom stóp NBP.
Główny Urząd Statystyczny (GUS) nie przestaje zaskakiwać. Po dużo lepszych od oczekiwań danych o inflacji, wczoraj przyszła kolej na informacje o wynagrodzeniach (które wzrosły w listopadzie o 6,9 proc. w skali roku i o 5,5 proc. w stosunku do października) i zatrudnieniu (wzrost o 2,4 proc. w skali roku do 4,8 mln osób).
— To bardzo pozytywne dane. Okazuje się, że październikowy wzrost wynagrodzeń nie był przypadkowy. Tak dużej dynamiki wzrostu nie notowaliśmy od 2001 r. Jeśli dodamy do tego rosnące zatrudnienie okaże się, że rośnie fundusz płac. A to znaczy, że do wydania mamy coraz więcej pieniędzy — komentuje Katarzyna Zajdel-Kurowska, główna ekonomistka Banku Handlowego.
Zdaniem Marcina Mroza, głównego ekonomisty Societe-Generale (SG), 8-procentowy wzrost funduszu dobrze wróży sprzedaży detalicznej.
— Jednak na mówienie o boomie konsumpcyjnym jest jeszcze za wcześnie. Musimy poczekać na dane z grudnia i stycznia — chłodzi nastroje ekonomista SG.
Wczorajsze dane mogą też zaniepokoić tych, którzy po ostatnich zaskakujących danych o inflacji (zaledwie 1-procentowym wzrost w skali roku), spodziewali się kolejnych obniżek stóp procentowych.
— Kolejny miesiąc wzrostu wynagrodzeń będzie miał przełożenie na przyszłe wskaźniki inflacji. Bazując na doświadczeniach gospodarki amerykańskiej możemy przyjąć, że nastąpi to w ciągu czterech-ośmiu miesięcy — zauważa Michał Chyczewski, ekonomista Banku BPH.
Tymczasem Rada Polityki Pieniężnej — co podkreślała niejednokrotnie — nie kieruje się w swych decyzjach obecnymi wskaźnikami cen, lecz ich przyszłą prognozą.
— Dlatego dziś prawdopodobieństwo obniżania stóp wydaje się mniejsze niż ich podnoszenia — dodaje ekonomista Banku BPH