Gdy Komisja Europejska otwierała Słowacji drogę do strefy euro, jednocześnie pokazała Polsce żółtą kartkę, wskazując na rosnącą (choć obecnie jeszcze mieszczącą się w kryteriach z Maastricht) inflację oraz na prawo niegwarantujące w wystarczającym stopniu niezależności banku centralnego. Mniejszy niepokój budzi deficyt finansów publicznych. Z kolei Europejski Bank Centralny zaleca racjonalizację wydatków budżetowych, przyspieszenie prywatyzacji — słowem — kontynuację reform.
Pal sześć względy ambicjonalne, że niedawny „tygrys Europy” zostaje w tyle. Przyjęcie euro to nie wyścig. Jednak zwlekanie z niezbędnymi reformami oznacza, że wejście do strefy euro będzie się wiązało z większym ryzykiem, niż to konieczne. Chociażby tylko dlatego, że warto wybrać najlepszy moment do przyjęcia wspólnej waluty, a może się okazać, że sprzyjające okoliczności przejdą nam koło nosa, bo nie zdążyliśmy spełnić kryteriów z Maastricht. Słowacja ma ten problem z głowy. Pokazała, że można wypełnić warunki. I może to jest ten dobry znak, o którym mówił minister.
Adam Sofuł, [email protected]