Byłemu premierowi jednego nie sposób odmówić — konsekwencji. W
programowym wystąpieniu (jedynej otwartej części kongresu) powtórzył wszystko
to, co słyszeliśmy przez ostatnie dwa lata — o niechęci mediów, o bezpardonowych
atakach na jego partię, o recydywie „Polski Rywina”. Jednocześnie stwierdził
samokrytycznie, że PiS przegrało wybory w wielkich miastach i w następnych
wyborach trzeba będzie do tamtejszego elektoratu dotrzeć. Sęk w tym, że
retoryka, jaką słyszeliśmy w sobotnim przemówieniu, najwyraźniej do
wielkomiejskiego elektoratu nie trafia. Kongres nie przyniósł więc PiS żadnego
nowego otwarcia, raczej głębsze okopanie się na dotychczasowych pozycjach.
Na pierwszy rzut oka Jarosław Kaczyński umocnił swoją pozycję. Ale warto
przypomnieć, że bywały już kongresy, na których cieszył się poparciem niemal
stuprocentowym — co było dość naturalne w epoce zwycięstw. Głosowanie nad wotum
zaufania po wyborczej porażce odbyło się pod nieobecność głównych oponentów
szefa partii, czyli trzech wiceprezesów wykluczonych z kongresu, praktycznie
przed zakończeniem krytycznej dyskusji. Teraz umocniony Kaczyński może wyciągnąć
do buntowników rękę na zgodę, oczywiście na swoich warunkach. Dzień po kongresie
jego pozycja w partii jest mocniejsza niż dzień przed. O samym PiS, które
zupełnie nie umie sobie znaleźć miejsca jako opozycja, nie da się tego
powiedzieć