Komentarz Adama Sofuła: Powodów do paniki nie ma, są do namysłu

Adam Sofuł
opublikowano: 2008-02-12 07:42

Dziś około 16 czasu warszawskiego Gazprom może ograniczyć dostawy gazu na Ukrainę. Ostatnie lata przyzwyczaiły nas do takich kryzysów — ostatnio, dwa lata temu, przykręcenie kurka z gazem Ukrainie odczuwała (chociaż nie dramatycznie) także Europa Zachodnia. Ukraina i Gazprom zgodnie zapowiadają, że tym razem inni odbiorcy nie ucierią na gazowym sporze. Warto uważnie obserwować przebieg i — miejmy nadzieję — szybkie i pomyślne rozstrzygnięcie sporu, bo może on być dla polskiego rynku nieobojętny.

Oficjalnym powodem sporów Gazpromu z Ukrainą są zaległe płatności. Ukraina przyznała, że istotnie jest winna rosyjskiemu koncernowi spore pieniądze (Gazprom twierdzi, że 1,5 mld dolarów). W tle jednak kłębi się polityka, nie do końca jasna, interesy i powiązania. Przypadkiem lub nie, obecna rosyjsko-ukraińska wojna gazowa rozpoczęła się po zapowiedziach premier Julii Tymoszenko wyeliminowania z handlu gazem pośredników. Chodzi o RosUkr-Energo, spółkę w której połowę udziałów ma Gazprom, ale jest w niej obecny też ukraiński biznesmen Dimitrij Firtasz, związany jakoby z prezydentem Wiktorem Juszczenką. Może więc wchodzić w grę kolejny etap rywalizacji między mocno dziś skłóconymi liderami pomarańczowej rewolucji. Niewykluczone, ze pewien wpływ na zaostrzenie konfliktu miały zapowiedzi premier Ukrainy o podwyższeniu opłat za tranzyt gazu przez Ukrainę do Europy Zachodniej. Niezależnie od tego, co było powodem, Gazprom znowu straszy zakręceniem czy może raczej przykręceniem kurka, a dzisiejsza wizyta Wiktora Juszczenki w Moskwie staje się ostatnią szansą zażegnania sporu.

Polska powodów do paniki nie ma — konflikt jest już wystarczająco głośny i trwa wystarczająco długo, by przygotować plany awaryjne. Jednocześnie trzytygodniowy zapas gazu, o którym wspominał niedawno wicepremier Waldemar Pawlak, daje wystarczający margines czasu, by przygotować i wdrożyć scenariusze antykryzysowe. Powód do głębokiego namysłu z pewnością jednak się znajdzie. Wyeliminowanie pośredników z handlu gazem między Rosją a Ukrainą może oznaczać, że spółka RosUkr-Energo zwinie żagle. A jest wszak jednym z głównych — poza Gazpromem — dostawcą gazu do Polski — ostatni kontrakt podpisany przez PGNiG obowiązuje do 2010 r. Przypomnijmy, że ta spółka jest też bezpośrednim następcą spopularyzowanej ostatnio przez „Superwizjer” TVN spółki EuralTransGaz. Wielkiego pola manewru w szukaniu dostawców gazu nie mamy, więc wygląda na to, że skutkiem tego konfliktu będzie to, że Gazprom pozostanie jedynym znaczącym dostawcą gazu do Polski. I pozostanie nam jedynie wybór, czy będziemy go odbierać przez Białoruś, czy przez Ukrainę. I nadal nie będzie to powód do paniki. Ale przynajmniej impuls do intensywniejszych zabiegów o wspólną politykę energetyczną Unii Europejskiej i uwzględnienie w niej polskich interesów. Bo o ile gazoport jest potrzebny, to wspólny unijny front energetyczny jest niezbędny.

Adam Sofuł, a.sofuł@pb.pl