Triumfalna noc unijna z 30 kwietnia na 1 maja 2004 r. pamiętana jest dokładnie, za to chłodny 12 marca 1999 r. pozostaje jakąś abstrakcją. Notabene kontrast między podniosłymi uroczystościami, zorganizowanymi przed Grobem Nieznanego Żołnierza z okazji obu akcesji Polski, był szokujący — i tak nam zostało do dzisiaj.
Zapomnianą rocznicę odgrzała w czwartek okolicznościowa wizyta sekretarza generalnego NATO. Anders Fogh Rasmussen wygłosił wiele górnolotnych zdań, ale spośród ogólników dało się wychwycić jedną jego myśl, kapitalnie definiującą sedno problemu sojuszu obronnego. Cytujemy ją u góry. W europejskim myśleniu dominuje wygodne zdanie się na dominującego Wielkiego Brata z Ameryki. Także w Polsce życzliwemu postrzeganiu UE jako kasy zapomogowej towarzyszy nieciekawy obraz NATO jako finansowej studni bez dna, za którą na dodatek płacimy wracającymi z Afganistanu trumnami. To gorzka prawda, chociaż z drugiej strony właśnie prewencja decyduje o tym, że przez 62 lata sojusz nie musiał odpierać bezpośredniego (z wyjątkiem uderzeń terrorystów) ataku na swoje terytorium. No, chyba że policzy się wojnę grecko-turecką wewnątrz NATO-wskiej rodziny…
Przedłużeniem rocznicy będzie piątkowa, coroczna odprawa kierowniczej kadry
wojska pod przewodem prezydenta RP jako zwierzchnika sił zbrojnych. Lejtmotyw
takiego wydarzenia jest niezmienny — stan armii ulega nieustającej
systematycznej poprawie. Nie słychać krakania niezależnych ekspertów, że polskie
wojsko przypomina NATO-wski skansen. W porównywalnych krajach na import wydaje
się najwyżej 10-15 proc. wojskowego budżetu, u nas zaś jedną trzecią. Arytmetyka
zafałszowuje jednak kwestię jakości. Niedawno miałem okazję naocznie porównać
walory czołgów na wyposażeniu polskiej dywizji pancernej: poradzieckich,
przerobionych w Łabędach PT-91 Twardy oraz przejętych darmo od Bundeswehry
Leopardów 2 w ich przestarzałej wersji A4. Cóż, relacja jak między Wołgą a
Mercedesem…