Sprawne uwinięcie się z procedurą budżetową jest dowodem, że koalicja
PO-PSL na razie trzyma się mocno i głosuje zdyscyplinowanym blokiem. Notabene
temperatura walki o budżet 2008 była znacznie niższa niż w poprzednich latach,
jako że realnym jego autorem był rząd Jarosława Kaczyńskiego, a konkretnie
wicepremier i minister finansów Zyta Gilowska. W tym kontekście naprawdę trudno
pojąć, czemu profesor nie dotrwała w ławach poselskich jeszcze przez jedno
posiedzenie, aby symbolicznie postawić budżetową kropkę nad i. A może — właśnie
dlatego…
Największym budżetowym osiągnięciem nowej ekipy jest zdążenie w terminie.
Tuż po wyborach, w pełnym troski komentarzu — który reprodukujemy obok —
przypomniałem, że niezdążenie do poniedziałku 28 stycznia grozi kolejnymi
wyborami. Niektórzy politycy PO — najgłośniej i do końca Zbigniew Chlebowski —
negowali interpretację konstytucyjnych terminów przez prezydenta, ale absolutnie
nie mieli racji. Na szczęście w koalicji przeważyła opcja niezadzierania z
Lechem Kaczyńskim i podporządkowania się kalendarzowi. Dzisiaj, a najpóźniej w
piątek ukończona ustawa trafi do podpisu prezydenta, co wykluczy jakiekolwiek
dywagacje.
W sprawie ustawy budżetowej głowa państwa w zasadzie nie ma ruchu —
zawetować nie może, a jedynie podpisać w ciągu siedmiu dni. No, ewentualnie
skierować budżet do Trybunału Konstytucyjnego, ale trudno sobie wyobrazić, z
jakiego by to mogło być powodu — na przykład, gdyby, powiedzmy, złośliwy
parlament wyzerował wydatki na utrzymanie kancelarii prezydenckiej… Ale przecież
tak się nie stało, a wszelkie kancelarie, trybunały, rzecznicy i inne tzw.
budżetowe święte krowy coś tam w parlamencie straciły, ale generalnie mają się
bardzo dobrze. Znacznie lepiej niż protestująca budżetówka.