Tuż przed otwarciem WEF zatrzęsły się światowe rynki finansowe, a czarne okładki gazet — w tym „PB” — obwieściły giełdowy krach. Dlatego podstawowym tematem nie był np. głód w Afryce lub plan pokojowy dla jakiegoś regionu, lecz widmo recesji w Stanach Zjednoczonych oraz podszyta strachem analiza, czy zainfekowana zostanie również reszta świata. Pytania pozostały bez odpowiedzi, zgoda zapanowała tylko co do jednego — że obecna sytuacja jest pierwszym tak dramatycznym testem globalizacji.
Jako rynek wschodzący uczestniczymy w tej rozgrywce , dlatego dobrze
byłoby wiedzieć z pierwszej ręki, co się święci, a przynajmniej — jakie są
efekty burzy mózgów. W tym kontekście nieobecność w Davos premiera Donalda Tuska
wypada ocenić jako duży błąd polityczny, który będzie miał odłożone w czasie
następstwa. Zwłaszcza, że WEF rygorystycznie przestrzega zasady, iż imiennych
zaproszeń się nie przekazuje — dlatego nie miał prawa pojechać w zastępstwie,
powiedzmy, inżynier Waldemar Pawlak czy minister finansów Jan Vincent-Rostowski.
Fatalne PR-owsko było tłumaczenie premiera, że nie mógł sobie pozwolić na
zostawienie na cztery dni ważnych spraw kraju. Ale przecież tyle nikt nie
wymagał! Standardem Davos jest, że polityczne VIP-y wpadają na jeden czy dwa
ważne panele i zaraz wypadają, po dniu czy po zaledwie kilku godzinach pobytu.
Dwa lata temu zrobił tak premier Kazimierz Marcinkiewicz i było to w porządku —
abstrahując od tego, czy miał coś do powiedzenia.
Tegoroczna reprezentacja Polski w Davos była dramatycznie słaba. Jeśli
kogoś zakonspirowanego pominę, to przepraszam, ale według mojej wiedzy wśród
2500 uczestników WEF znalazła się zaledwie garstka naszych: prezes warszawskiej
giełdy Ludwik Sobolewski, prezes grupy ITI Wojciech Kostrzewa i dwaj zaliczeni
do grona młodych liderów globalnych — autor wypowiedzi obok Jacek Szwajcowski z
PGF oraz Jacek Olechowski, szef agencji reklamowej DougFaberFamily. Nawet w
najlepszych czasach Davos zapraszało najwyżej tuzin Polaków, wliczając w to
takie osoby, jak prezydent Aleksander Kwaśniewski czy prezes NBP Leszek
Balcerowicz. Jednak tegoroczne generalne zlekceważenie WEF świadczy po prostu o
zaściankowości Polski. A przecież to właśnie na takich spotkaniach politycy i
inwestorzy wyznaczają poziom biznesowego zaufania do danego kraju.
Z drugiej strony — znaczenia Davos nie należy również fetyszyzować,
zwłaszcza że szczytny dorobek hasłowy wielu poprzednich spotkań WEF okazywał się
po latach miałki. Ale w ten sposób dałoby się zdeprecjonować wszystko: sesje
ONZ, konferencje klimatyczne, szczyty najbogatszych z grupy G-8, wreszcie —
szczyty unijne, wdrażające wciąż tylko na papierze strategię lizbońską. Skoro
takie igrzyska po coś się odbywają, to trzeba w nich koniecznie uczestniczyć i
nie wyrzucać zaproszenia.