Nawet uwzględniając te okoliczności trzeba jednak przyznać, że podebranie przez premiera Donalda Tuska z klubu Sojuszu Lewicy Demokratycznej bardzo rozpoznawalnego posła Bartosza Arłukowicza ma posmak dość sensacyjny. Zwłaszcza, gdy się przypomni, jak to dociekliwy pediatra Arłukowicz tropił przekręty Platformy Obywatelskiej, zasiadając w śledczej komisji hazardowej. Bo samo zjawisko jest stare i znane — podbieraka używa zawsze władza, wypatrując w toni błąkające się polityczne ryby. Kiedyś np. SLD pochwycił do rządu PRL-owskiego opozycjonistę Andrzeja Celińskiego, z kolei ostatnio PO złowiła w wyborach europejskich Danutę Hübner. Najsłynniejsze było, rzecz jasna, pięć lat temu podebranie przez Jarosława Kaczyńskiego "siostry Donalda", czyli Zyty Gilowskiej. Przechwycenie akurat Arłukowicza wpisuje się w psychologiczną rozgrywkę ewentualnego ponownego premiera Donalda Tuska z gwiazdorem lewicy Grzegorzem Napieralskim, który pozycjonuje się na hipotetycznego wicepremiera. Wyborcze starcie w Szczecinie z popularnym Bartoszem Arłukowiczem może mu trochę podciąć skrzydła.
Zupełnie innym wątkiem jest stworzenie specjalnie dla podebranej ryby
stanowiska sekretarza stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Arłukowicz
zamieni poselską pensję podsekretarza stanu na pobory wyższe o kilkaset złotych,
ale do tego dochodzi limuzyna, sekretariat oraz całe biuro "pełnomocnika prezesa
Rady Ministrów ds. koordynacji współpracy organizacji pozarządowych i
administracji w przeciwdziałaniu wykluczeniu społecznemu". Potwierdza to, że
walczący o równowagę budżetową Donald Tusk może i oszczędza na sprzątaczkach,
ale z utworzeniem dla potrzeb wyborczych kolejnego stanowiska ministerialnego,
tym razem ds. walki z biedą, nie ma żadnych problemów.