Wiele wskazuje na to, że Komisja Europejska chciałaby widzieć Polskę w UE pół roku później, czyli 1 lipca 2004 r. Polscy politycy i negocjatorzy mają mieszane uczucia.
Znowu mamy małe zamieszanie z datą naszego członkostwa. Chociaż w kuluarach polskich i unijnych gabinetów od dawna mówiło się o możliwych opóźnieniach, to jednak nikt nie miał odwagi przyznać tego oficjalnie. Wczoraj Eneko Landaburu, szef Dyrekcji Generalnej ds. Rozszerzenia UE, zapowiedział, że Polska nie wejdzie do Unii 1 stycznia 2004 r., ale prawdopodobnie pół roku później.
— Opóźnienie wynika z bardzo napiętego kalendarza negocjacji. Jest zbyt mało czasu, by zakończyć je w terminie — tym bardziej że najważniejsze rozmowy dotyczące finansów jeszcze się nie rozpoczęły — podkreśla Eneko Landaburu.
Drugim powodem są skomplikowane procedury ratyfikacyjne w niektórych krajach „piętnastki”.
To prawda, że UE nie jest jeszcze przygotowana na konkretne rozmowy dotyczące finansów i rolnictwa. W nieoficjalnych rozmowach mówiło się o zamykaniu rokowań rolnych nawet w marcu lub kwietniu 2003 r. Takie też sygnały od wielu miesięcy docierały do Warszawy. Jednak to, że UE nie będzie na czas gotowa, nie zmienia faktu, że celem strategicznym Polski będzie gotowość do członkostwa od 1 stycznia 2004 r. Potwierdza to także Jan Truszczyński, główny negocjator.
— O tym, że proces ratyfikacyjny w jakimś kraju może się przedłużyć, wiadomo od dawna. Istnieją rozmaite scenariusze, my jednak musimy się kierować tym ambitnym — podkreśla Jan Truszczyński.
— Nic nie pozwala dzisiaj mówić, że poszerzenie UE planowane na 2004 r. opóźni się, ale nigdy nie wyznaczaliśmy dokładnej daty. Od szczytu w Nicei w grudniu 2000 r. celem strategii rozszerzenia UE jest przystąpienie pierwszych krajów kandydujących na czas, aby mogły uczestniczyć w wyborach europejskich w 2004 r. jako członkowie. Ten cel się nie zmienił — podkreśla Jean-Christophe Filori, rzecznik Güntera Verheugena, komisarza ds. rozszerzenia.
Unijni politycy podkreślają, że Polska i tak stanie się członkiem Wspólnoty w 2004 r., a jej przedstawiciele wezmą udział w czerwcowych wyborach do Parlamentu Europejskiego, które odbędą się w tym samym roku. Taki scenariusz potwierdziła przebywająca w Polsce Loyola de Palacio, komisarz ds. energii i transportu Komisji Europejskiej. Jakim więc cudem możemy liczyć na własnych eurodeputowanych, skoro nasze członkostwo może się przesunąć na 1 lipca 2004 r.? Coż, odpowiedź może być tylko jedna — Unia ma swoje metody i zawsze może zastosować jakiś szczególny tryb postępowania.
Krajowi politycy i negocjatorzy apelują o spokój. Zdaniem Józefa Oleksego, szefa sejmowej Komisji Europejskiej, nowa data nie jest żadną sensacją, dlatego, że „taki właśnie wariant był brany pod uwagę”. Jest to jedynie techniczna sprawa, a horyzontem pozostaje nadal 2004 r.
— Co innego, gdybyśmy mówili o 2005 r. To byłoby już znaczne opóźnienie — mówi Józef Oleksy.
Niektórzy uważają, że Polska nie powinna reagować na tego typu sygnały z KE, które są tylko tzw. balonami próbnymi, badającymi reakcję.