Komisja Europejska walczy o zlecenia dla firm

Małgorzata Grzegorczyk
opublikowano: 2013-03-22 00:00

Bruksela chce, by państwa spoza wspólnoty otworzyły rynek zamówień publicznych. Cel — słuszny, metoda — kontrowersyjna.

Rynek zamówień publicznych w Unii Europejskiej jest najbardziej na świecie otwarty na zagraniczne firmy. Rocznie gwarantuje przedsiębiorcom z całego świata kontrakty warte 350 mld EUR. W drugą stronę to nie działa. Unijne firmy mogą powalczyć w przypadku USA o zamówienia warte 170 mld EUR, w Japonii — 28 mld EUR, Kanady — 10 mld EUR. W Chinach ogólnie dostępny jest tylko ułamek rynku, do Rosji i Turcji bardzo ciężko jest się dostać unijnym przedsiębiorcom.

— Otwarcie rynku oznacza dodatkowe 4-12 mld EUR rocznie dla firm z UE. Dlatego proponujemy wprowadzenie instrumentu, który ułatwi Komisji Europejskiej (KE) negocjacje na temat otwarcia rynków zamówień publicznych z krajami trzecimi — mówi Rupert Schlegelmilch z dyrekcji generalnej ds. handlu w KE.

Za dużo biurokracji

Projekt rozporządzenia, który został przesłany do Parlamentu Europejskiego i jest teraz konsultowany z krajami członkowskimi, przewiduje, że zamawiający z krajów UE będą mogli — za zgodą KE — odrzucić ofertę firmy z kraju trzeciego. Miałoby to dotyczyć tylko dużych, przekraczających 5 mln EUR zamówień. W przypadku niepowodzenia negocjacji na temat otwarcia danego sektora na unijne spółki Bruksela chciałaby mieć możliwość przyznania „czerwonej kartki”, która nie dopuści firm z danego kraju do unijnych przetargów.

— Popieramy ten instrument, bo nadszedł czas, by zrobić coś z dostępem europejskich firm do rynków zagranicznych, ale mamy kilka zastrzeżeń. Mechanizm, w którym trzeba uzyskać zgodę KE na odrzucenie oferty, to za dużo biurokracji. Ponadto rynek zamówień poniżej 5 mln EUR też nie powinien być otwarty — uważa Dariusz Piasta, wiceprezes Urzędu Zamówień Publicznych.

— To zamawiający mógłby decydować i odrzucać ofertę, bez zgody KE — sugeruje Dawid Piekarz, wiceprezes Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa. Cieszy się, że w projekcie unijnego rozporządzenia pojawia się definicja rażąco niskiej ceny, dotychczas niesprecyzowana.

— Być może określenie rażąco niskiej ceny na poziomie 50 proc. kosztorysu jest zbyt liberalne, ale to krok w dobrą stronę — ocenia Dawid Piekarz.

Oby nie za ostro

Przedsiębiorcy obawiają się jednak, że broń UE może być obosieczna.

— Poza UE jest asymetria w dostępie do rynków zamówień publicznych, ale stosowanie restrykcji powinno być ostatecznością. Wchodzenie na ścieżkę wojenną może zaszkodzić firmom już obecnym w danym kraju. Mimo trudniejszych warunków udaje nam się podpisywać niewielkie kontrakty w Rosji, na Białorusi, Ukrainie, w Kazachstanie, Brazylii czy Turcji. Obserwujemy, że rynek jest bardziej otwarty niż kilka lat temu — uważa Ireneusz Sitarski, przewodniczący rady nadzorczej producenta taboru kolejowego PESA Bydgoszcz. Jego zdaniem, KE nie powinna czekać na rozpoczęcie rozmów na sygnał od zamawiających, lecz samodzielnie analizować rynki i wymuszać negocjacje.