Leszek Balcerowicz swoją osobowością nie pozostawia miejsca na obojętność. Ma liczną rzeszę wyznawców, fanów, którzy za jego wkład w polskie przemiany ustrojowo-gospodarcze, zwalczanie inflacji, umocnienie złotówki gotowi stawiać mu pomniki za życia. I równie liczną rzeszę tych, którzy za to samo, dołączając do tego długą listę zarzutów — wśród nich pojawiają się najbardziej absurdalne — najchętniej powiesiliby go na pierwszej lepszej latarni. Ponieważ prawie zawsze, a szczególnie u nas, siła destrukcyjna jest mocniejsza od konstruktywnej, a z pewnością głośniejsza, po raz kolejny nad głową szefa banku centralnego gromadzą się czarne chmury.
Inna sprawa, że profesor Balcerowicz swoją postawą w ostatnim czasie dostarczył amunicji najzagorzalszym wrogom. Ponieważ zdaje sobie doskonale sprawę, że jego los, jako szefa banku centralnego, od momentu dojścia do władzy Prawa i Sprawiedliwości z egzotycznymi koalicjantami i zajęcia urzędu prezydenckiego przez Lecha Kaczyńskiego, jest przesądzony, zachowuje się trochę jak bohater czeskiej anegdoty. Otóż w anegdocie tej znajomy bohatera, pana Havranka, obwieszcza mu tragicznym szeptem: panie Havranek, u nas będzie komunizm. A pan Havranek spokojnie: a ja się nie boję, ja mam... rakowinu (czyli raka). Co prawda profesor jest zdrów jak ryba, ale nie ma złudzeń, że z nową władzą nie potrafi się porozumieć, więc... nie rozmawia.
Rządzący, przeczuleni na tle swojej wielkości i omnipotencji, odbierają to jako jawne lekceważenie — a tego to już znieść nie potrafią. „Kompleks Balcerowicza” chyba niebawem wejdzie do podręczników. Chorował na niego przecież już Grzegorz „Tygrys” Kołodko, dopadł premiera Leszka Millera, który pod pretekstem braku przegródek na telefony komórkowe i zbyt małej sali wykluczył Balcerowicza, jako szefa banku centralnego, z obrad rządu. Cierpiał na niego nawet prezydent Aleksander Kwaśniewski, chociaż starannie maskował swoją chorobę. Inne, pomniejsze przypadki trudno nawet zliczyć.
Teraz kompleks objawił się z nową siłą. Balcerowiczowi poświęcają czas najważniejsi w polityce, wyrażając się o nim: „wielki pan”, „nieomylny, który się myli”, „lokaj międzynarodowej finansjery”... Jednym z najstarszych, nie wiekiem, ale stażem, z cierpiących na kompleks Balcerowicza jest oczywiście Andrzej Lepper. Przy okazji formułowanego przez LPR wniosku o postawienie prezesa NBP przed Trybunałem Stanu stwierdził: „Balcerowicz nie jest jedynym autorytetem w Polsce ani osobą, która gwarantuje spokój i stabilność, bo od tego jest rząd i parlament”. Wszystkim, którzy uważnie obserwują prace, a szczególnie poziom debat parlamentarnych, i widzą, i słyszą tę „gwarancję spokoju i stabilności”, nie trzeba komentarza.
Niezależnie od tego wszystkiego, wniosek ten, choćby najbardziej absurdalny, właśnie w ramach „spokoju i stabilności” ma wielkie szanse być uchwalony. Trybunał Stanu, wedle wnioskodawców, miałby rozpatrzyć go najpóźniej do końca kwietnia i „orzec wobec prezesa NBP zakaz pełnienia kierowniczych funkcji w państwie”. No cóż, gdy rozum śpi, budzą się upiory. Historia zna wiele przypadków, kiedy prawo przegrywało z intencjami, ale chroń nas Panie przed takimi „gwarantami spokoju i stabilności”, jak Roman Giertych czy Andrzej Lepper.