Komputer nigdy nie pokona człowieka

Wojciech Surmacz
opublikowano: 2002-02-22 00:00

Zdaniem prezesa Central European Trust, ponad 90 proc. inwestorów na giełdzie nowojorskiej (i nie tylko) nie rozumie istoty rewolucji informatycznej. Gracze ci reagują na kursy akcji spółek z branży IT na zasadzie owczego pędu, powodując w ten sposób totalną destabilizację globalnego przemysłu technologicznego.

- Podobno nikt nie jest w stanie obliczyć realnych zysków z inwestowania w informatykę?

— Efekty komputeryzacji biznesu są dość subtelne.

- W jakim sensie?

— Jeżeli zarządzasz fabryką czekolady i kupujesz nową maszynę, która szybciej pakuje, to efekt poprawy produktywności jest łatwo wyliczyć. Jeżeli natomiast wdrożyłeś w firmie nowy system wspomagający zarządzanie i dzięki temu masz lepszy i szybszy dostęp do informacji, to efekty są mniej namacalne. One są wyraźne, ale nie do końca wymierne. Dlatego właśnie przez dziesiątki lat świat biznesu zupełnie ignorował fenomen komputeryzacji i telekomunikacji. Dopiero w drugiej połowie lat 90. inwestycje w tym sektorze zrobiły się strasznie modne...

- ...i pod koniec lat 80. przekroczyły w Stanach masę krytyczną 100 mld USD, a u schyłku następnej dekady sięgnęły 225 mld USD. To wszystko tylko moda?

— Tak. Największe szaleństwo zapanowało pod koniec lat 90., kiedy, to na nowojorskiej giełdzie akcje spółek informatycznych wyceniano na absurdalne kwoty. Na przykład Amazon — tylko dlatego, że był największym handlowcem w świecie dotcomów, musiał być wart miliony dolarów. Potem — jakieś 1,5 roku temu — ludzie nagle zaczęli patrzeć bardziej trzeźwo i ten balon informatyczny pękł. Ceny akcji spó-łek IT spadły zupełnie nieproporcjonalnie do ich pozornej wartości.

- Zostały po prostu urealnione.

— Problem polega na tym, że poszły za bardzo w dół. Inwestorzy zachowują się tak, jakby w ogóle nie zauważali, że pomimo krachu na giełdzie, globalny rynek nowych technologii znajduje się ciągle w stanie wzrostu. Spójrzmy na zapotrzebowanie na sieci szkieletowe. W 2000 r. ich producenci zanotowali 66-proc. wzrost popytu, w 2001 — 70-proc. Mówi się, że właściwie ten popyt już maleje, ale według raportu AT&T to zapotrzebowanie wzrośnie do 89 proc. w roku 2002, do 105 proc. w roku 2003, a w roku 2004 do 115 proc.

- Ale to są prognozy, które mogą się znowu nie sprawdzić.

— Niech pan spojrzy wokół. Coraz więcej ludzi używa telefonów, Internetu itd. Wszyscy chcą mieć szybszy dostęp do informacji i płacą za to.

- I to coraz więcej...

— Tak. Mimo że jednostkowy koszt może spadać, to szybkość przyrostu popytu na nowe technologie decyduje o coraz większych wydatkach klientów.

- Na czym polega ten fenomen?

— Nowoczesne technologie umożliwiają coś, czego wcześniej nie było — informację cyfrową. Jeszcze dwa lata temu rynki kapitałowe całego świata pogłupiały, przeceniając wagę tego fenomenu. Ale dzisiaj jest odwrotnie.

- Czyli go nie doceniają?

— Tak.

- Ale jak mogą doceniać, skoro nikt nie jest w stanie stwierdzić jednoznacznie, że na tym można zarobić?

— Chwileczkę. Ja nie mówię tutaj o popycie na nowe technologie. Mam na myśli chęci giełdowych graczy do inwestowania w przemysł, który dostarcza tych zabawek. To oni zaczęli panikować. Jednak liczba klientów branży IT wciąż rośnie, ludzie dalej to kupują.

- Ale kupując nakręcają przecież koniunkturę rynku.

— Tak, ale powtarzam, chodzi mi o entuzjazm świata finansowego. Kryzys kapitałowy przemysłu technologicznego nie pojawił się w biznesie ogólnym, tylko w sektorze inwestycyjnym. Wahania cen akcji nie zależą od popytu na usługi i produkty sektora IT, tylko od wyceny inwestorów. Ostatnio prawie co tydzień jakąś wielką firmę telekomunikacyjna, dotyka krach. W ostatnich miesiącach egzystencja nawet takich olbrzymów jak France Telecom czy Deutsche Telecom stała pod znakiem zapytania.

- Z czego to wynika?

— Z braku przełożenia rzeczywistości na rynki kapitałowe. To z kolei może być spowodowane tymi niejasnymi relacjami między inwestowaniem w komputeryzację firm a ich wynikami finansowymi. Od lat dla wielu naukowców jest to bardzo mistyczne zagadnienie.

- Kiedy ta zagadka zostanie rozwiązana?

— Nie ma niestety żadnych sygnałów, że zbliżamy się do metod pomiaru produktywności działań inwestycyjnych w sektorze technologii przetwarzania informacji.

- A może to będzie możliwe wtedy, kiedy zostanie stworzona sztuczna inteligencja, czyli sprzęt, który zamiast przetwarzać informację, będzie ją wytwarzał?

— Ufff... To jest dość głębokie zagadnienie. Moja teza jest taka, że różnica między cyfrowym sposobem myślenia komputera i analogowym ludzkiego mózgu jest na tyle zasadnicza, że te dwie rzeczy nigdy się do siebie nie zbliżą.

- Nie wierzy Pan w komputery myślące tak samo jak ludzie?

— Nie wierzę. Z resztą nie tylko ja. Nad tym zagadnieniem zastanawiają się od wielu lat najtęższe głowy świata. Ja przychylam się do tych, którzy twierdzą, że komputer nigdy nie będzie zasadniczym producentem wiedzy. To właśnie w ostateczności ograniczy budżety firm, przeznaczone na komputeryzację. Kiedy dwa lata temu absurdalnie wyceniano akcje spółek IT, słyszało się głosy: jesteśmy na przełomie totalnej rewolucji, nie mówmy na razie o zyskach, bo czeka nas zupełnie inny, bezkresny świat. Ale wszystko ma swoje granice. Ludzie jednak ich nie czuli.

- A czy kiedykolwiek je czuli?

— Jeszcze 10 lat temu czuli. Ale dzisiaj po prostu śledzą trendy na rynkach kapitałowych i działają na zasadzie owczego pędu. Jeżeli ceny akcji sektora IT spadają, to je sprzedają. Jeżeli rosną, to kupują.

- Ilu inwestorów na nowojorskiej giełdzie nie rozumie Internetu?

— Zdecydowana większość.

- Ponad 90 procent?

— Na pewno. Trudno jest zrozumieć zjawisko technologiczne, nie mając świadomości samej technologii. Dzisiaj jeżeli ktoś czyta, że światłowód ma milion razy większą pojemność od miedzianego kabla, to myśli sobie: nie ma limitów! W ten sposób łatwo się zatracić. Chwilowo mamy do czynienia z manipulującym miliardami na giełdach pokoleniem, które nie rozumie technologii. Współczesny świat inwestycyjny powinien się tego trochę wstydzić.

- Kiedy dojdzie do, chociażby, śladowej stabilizacji?

— Na szczęście pierwsze oznaki już widać.

- Czym się one przejawiają?

— Gotowością do inwestycji w nowe projekty.

- Jakieś przykłady?

— Mogę podać przykład z własnego podwórka. Jesteśmy inicjatorami projektu wartego 1,7 mld USD. Chodzi o połączenie Europy i Dalekiego Wschodu siecią światłowodów biegnących przez Arktykę. Od kilku miesięcy prowadzimy w tej sprawie negocjacje z wieloma potencjalnymi inwestorami. Ale dopiero w ostatnich tygodniach zauważyliśmy wśród nich ożywienie. Są to informacje poufne, dlatego mogę jedynie zdradzić, że jeden z 5 największych banków na świecie podpisał się pod deklaracją obsługi projektu. Pojawił się także inwestor strategiczny z pierwszej dziesiątki telekomunikacyjnej świata, który podpisał z nami umowę wstępną. Jeszcze pół roku temu to było zupełnie niemożliwe.

- Czyli wbrew temu, co Pan mówił wcześniej, nie jest aż tak źle?

— Jest wciąż źle, bo wciąż za mało ludzi rozumie, czym jest rewolucja informacyjna.

- To po co w ogóle rozwijać przemysł informatyczny, skoro praktycznie nikt go nie rozumie?

— Z punktu widzenia ludzkości czy biznesu?

- Z punktu widzenia biznesu to pewnie po to, żeby zarabiać pieniądze.

— Ludzie często nie potrafią odróżnić ilości informacji i danych od wiedzy i mądrości. W ten sposób przesyt informacji może skutkować tak, że człowiek przestaje myśleć o zasadniczych, głębokich wartościach. To jest bardzo niekorzystne zjawisko. Ale postęp technologiczna jest konieczny dlatego, że w wyniku rewolucji przemysłowej do tego stopnia udoskonaliliśmy produkcję masową i tak skomplikowaliśmy sposób organizacji świata, że zaczęliśmy tracić nad nim panowanie. Odzyskujemy je jednak dzięki temu, że wymyślono komputer.

Charles Jonscher

uzyskał tytuł doktora ekonomii w Harvard University oraz inżyniera elektryka w Cambridge University. W latach 1981- -84 był wykładowcą i jednym z dyrektorów programu badawczego dotyczącego telekomunikacji

w Massachusetts

Institute of Technology. W latach 1984-87 jako dyrektor zarządzający firmy konsultingowej CSP International

tworzył politykę

medialną Wielkiej Brytanii, pełniąc funkcję doradcy Margaret Thatcher. W latach 1987-90 był wiceprezesem Booz Allen and Hamilton. Od 1990 r. jest prezesem założycielem Central Europe Trust, firmy uznanej przez „Financial Times” za największy fundusz inwestycyjny typu Private Equity w Europie Środkowej. Według futurologów, Charles Jonscher łączy w sobie cechy Stanisława Lema i Billa Gatesa. Jego najnowsza książka „Życie okablowane” porusza problem wpływu rewolucji informacyjnej na gospodarkę światową.