Komu piłka, temu biznes

Rafał Kerger
01-12-2006, 00:00

Po treningu jego koledzy zastanawiają się, co będą cały dzień robić. On nie ma tego dylematu — gra na giełdzie. I zarabia.

— Czy chciałbym się spotkać z panem Karkosikiem? Jasne. Jest moim idolem. Ale myślę, że on raczej nie znalazłby dla mnie czasu — Radosław Matusiak, ostatnio najbardziej rozchwytywany polski piłkarz i jednocześnie najzagorzalszy gracz giełdowy wśród polskich piłkarzy — rozpoczyna rozmowę z „Pulsem Biznesu” od mocnego uderzenia, specjalności reprezentacyjnego napastnika. Ostatnio przekonali się o tym choćby Belgowie.

Skąd się wziąłem

Bełchatowskie przedpołudnie. W okolicach stadionu BOT GKS cisza i spokój jak w całym mieście. Do remontowanej, pamiętającej Gierka, hali maszerują w zielonych dresach miejscowe gwiazdy piłkarskie: młodsi — nasz Matusiak, Garguła, Ujek, i starsi — Cecot i Lech. Na końcu pojawia się najstarszy: trener mistrza jesieni Orange Ekstraklasy Orest Lenczyk. Czekamy. Rozruch przed meczem Pucharu Ekstraklasy ma potrwać 45 minut.

Kawa, papieros, kawa i po uzgadniającym telefonie podjeżdża po nas krwistoczerwony mini cooper. Prowadzi żona Radosława Matusiaka — Joasia. Jedziemy.

— Tu tak naprawdę nie ma co robić. Do restauracji jeździmy do Łodzi, na zakupy do Warszawy. Zabieramy was zatem do naszego mieszkania — mówi nasza piłkarska nadzieja, ten lepszy Rasiak.

Radosław Matusiak urodził się prawie 25 lat temu w Łodzi. Gdy miał 10 lat, zaczął grać w Widzewie, od razu jako kapitan zespołu. Potem przeniósł się do Łódzkiego Klubu Sportowego — wtedy ponoć poważniej traktowano tam młodzież. W ŁKS Matusiak święcił pierwsze sukcesy, tam zdobył mistrzostwo polski juniorów, stąd trafił do juniorskich reprezentacji Polski.

— W ekstraklasie debiutowałem w meczu z Legią Warszawa. Wtedy jeszcze w ŁKS grali Saganowski, Wieszczycki, Wyciszkiewicz i Wyparło. Byliśmy tuż po zdobyciu mistrzostwa Polski — wspomina Matusiak.

Potem ŁKS spadł do II ligi (wszyscy mówili, że mistrzostwo ich przerosło, słowem — zabrakło kasy). W łódzkim klubie zostali sami juniorzy, a wśród nich młody wysoki napastnik. Przyszły reprezentant Polski szybko wyrósł na pierwszoplanową postać walczącego o przetrwanie klubu — dwa razy został najlepszym strzelcem drużyny. Kupiła go Szczakowianka Jaworzno. Tam mu się nie wiodło. Nie poznali się na nim także w Wiśle Płock.

— Po ŁKS dopiero — tak naprawdę — trener Lenczyk w Bełchatowie na mnie postawił. Przyszedłem, powiedział mi: słuchaj, ty będziesz u mnie grał, będziesz strzelał bramki, ja na ciebie liczę. I tak zostało — mówi Radosław Matusiak.

Ciekawe co powiedział Leo Benhaker?

— Rozumiemy się dobrze. On jest z tego samego pokolenia, co trener Lenczyk. Z angielskim nie mam najmniejszych problemów, rodzice wysyłali mnie na lekcje jeszcze w przedszkolu — uśmiecha się Radosław Matusiak.

Przez kolegę

Najważniejsza fotografia w dużym pokoju Matusiaków — Joasia i Radek w ślubnych strojach. Poznali się w Płocku, gdzie Radek — jak wspomnieliśmy — grał, a właściwie grał mało.

— Dzięki Pawłowi Kapsie, bramkarzowi. Nie miałem dziewczyny, a jego znajoma wiedziała, że Joasia jest sama. Umówiliśmy się więc na podwójną randkę — wyjaśnia Radek.

— Tak było. Od razu złapaliśmy wspólny temat — futbol. Jestem kibicem, a i w domu od zawsze miałam zatwardziałego kibica — mo- jego tatę. Trochę się więc znam — uśmiecha się Joasia i półgębkiem dodaje: — Chociaż ostatnio za dużo mi tych meczów, nawet serialu nie mogę obejrzeć.

Dziewczyna jest rówieśniczką Radka. Kończy prawo, ale na razie nie będzie robić aplikacji. Teraz liczy się tylko mąż, to jest jego pięć minut. Radek z kolei ma maturę, potem rozpoczął studia biznesowe, ale je przerwał — piłka to wyrzeczenia.

— Mój czas jeszcze przyjdzie — wyjaśnia Joasia, wychylając się zza pleców męża.

W Płocku rozpoczęła się też fascynacja Radosława Matusiaka giełdą. Jako jeden z nielicznych piłkarzy woli ją od popularnej w branży bukmacherki.

— Na parkiet wciągnął mnie Darek Gęsior (kolejny piłkarz grający kiedyś w Płocku, dziś kończący już karierę — przyp. red.) — mówi Radosław Matusiak. — Darek siadał po treningach do komputera. Coś tam stawiał, gdzieś dzwonił. Podpytałem, co robi, ile da się z tego wyciągnąć i czy to wciąga. Założył mi pierwszy rachunek maklerski i mi doradzał. Najpierw włożyłem trzy tysiące złotych w Krakchemię. Dała zarobić. Nawet chyba ze 100 proc. zysku po trzech czy czterech miesiącach z niej wyciągnąłem.

Dziś piłkarz inwestuje głównie w debiuty. Ma też akcje PGNiG. Pomaga mu bełchatowski makler Mariusz Centka. Wartość jego portfela wynosi 250 tys. złotych, nie trzyma akcji długo. W ostatnie pół roku zarobił około 50 tys. złotych.

— Debiuty dobrze ciągną. Zarobiłem na Dom Development, One2One, na Unimie 2000, no i oczywiście na HTL-Strefie — 130 proc. jednego dnia. Szkoda tylko, że redukcje przy debiutach są takie duże. PGNiG kupiłem po 3,20, no i czekam. Bioton też mam. Myślę, że da zarobić. W Simple ostatnio wszedłem, ale jej akcje nieco spadły i muszę trzymać. Nigdy nie inwestuję większych pieniędzy w jedną spółkę. Staram się to dywersyfikować — przybliża swoje inwestycje napastnik.

No właśnie napastnik.

Chce robić biznes

Najważniejszą dotychczas swoją bramkę — w meczu Polski z Belgią — Matusiak strzelił po przejęciu. Przejmować piłkarz zamierza także w biznesie.

— To nie są żarty. Kręci mnie biznes, czytam dużo na ten temat. Oczywiście interesują mnie poważne przedsięwzięcia — nie jakiś sklep czy salon fryzjerski. Mam kontakt z dwoma spółkami handlującymi stalą. Świetnie im idzie — wzrastają o 50 proc. rocznie. Wiem, że niektórzy udziałowcy chcą tam odsprzedać udziały — mówi Matusiak.

Pieniądze jednak lubią ciszę i piłkarz najwyraźniej o tym wie.

— Nie powiem, jakie to spółki. Napiszecie to w biznesowej gazecie i ktoś się tym zainteresuje. A ja jeszcze potrzebuję trochę czasu, by uzbierać te kilka milionów złotych na wejście w ten biznes. Niedużo czasu, wystarczy właściwie dobry rok za granicą — dodaje napastnik.

Joasia potakuje znacząco. Jest dumna. Zaradny mężczyzna droższy przecież niż złoto. A coś o tym wie. Jej ojciec, teść Radka, ma firmę budowlaną. Ostatnio także dla niego nastały złote czasy.

Uczę się hiszpańskiego

Gdzie łodzianin będzie zbierał pieniądze na przejęcie udziałów w firmie z branży stalowej? Do czerwca — raczej — w Bełchatowie. Potem odchodzi.

— Klub rozmawia choćby z Romą. Ale to jest tylko jedna z wielu, naprawdę wielu propozycji — mówi Radosław Matusiak.

Napastnik reprezentacji ma oferty właściwie ze wszystkich czołowych lig Europy. Negocjacje zaczynają się od dwóch milionów euro za definitywną sprzedaż. Ostatnio odrzucił propozycję Celticu Glasgow. Nie chciał wchodzić w konkurencję z Żurawskim.

— Dudek, Żurawski, Bąk, Żewłakow. Miałem ich plakaty w swoim pokoju jako junior. Potem, gdy trafiłem do kadry, byłem nieco zdeprymowany. Ale chłopaki okazały się normalnymi ludźmi. Świetnie nam się wspólnie gra w kadrze i niech tak pozostanie — mówi Matusiak.

Menedżerem piłkarza w tym oknie transferowym jest jego ojciec. Tylko jemu potrafi zaufać.

— Tata siedzi w futbolu od lat. Jest dyrektorem w szkole mistrzostwa sportowego w Łodzi. Obydwaj wiemy, że menedżer patrzy przede wszystkim, jak samemu zarobić. Dobro piłkarza jest na drugim miejscu — zapewnia.

Dokąd zatem Radek trafi?

— Ja bym chciała do Hiszpanii — mówi Joasia.

To kobieca intuicja czy jasna deklaracja?

— Zobaczymy, ja też wolę południowe kraje. Uczę się nawet hiszpańskiego. Zastanawiam się jednak, czy lepiej przejść do mocniejszego klubu i zacząć tam od ławki rezerwowych, czy może do nieco słabszego i od razu grać. Jedno jest pewne — chciałbym zarabiać co najmniej 500 tysięcy euro rocznie, inaczej nie mógłbym realizować swoich marzeń — mówi Radosław Matusiak.

Na przykład biznesowych marzeń.

To już koniec

Do meczu w Pucharze Ekstraklasy coraz bliżej. Joanna Matusiak zniknęła w kuchni — lekki posiłek się Radkowi przed zmaganiami przyda. Jeszcze tylko zdjęcie — na boisku.

— Możemy jechać panowie, ale załatwmy to szybko, bo jak trener mnie zobaczy, że sobie robię sesję na stadionie w dniu meczu, a nie odpoczywam, to mnie przechrzci — zastrzega nasz rozmówca.

Podczas pozowania widać u piłkarza niecierpliwość. Trener GKS BOT Bełchatów Orest Lenczyk jest znany z twardej ręki. Niebawem jednak Matusiak zmieni otoczenie. W większych miastach — w Łodzi, Jaworznie czy Płocku nie szło mu tak dobrze jak w Bełchatowie. Tu ma spokój, może się skupić na grze w piłkę i na giełdzie. Czy we Włoszech, w Hiszpanii lub w Niemczech też podbije serca fanów? My kibice — także z redakcji „Pulsu Biznesu” — wierzymy. Jak zawsze.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Rafał Kerger

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Nieruchomości / / Komu piłka, temu biznes