Końcówka roku wymusza falowanie nastrojów na giełdach

Piotr Kuczyński
opublikowano: 2002-12-09 00:00

Z Ameryki

Na giełdach panuje niepewność związana z uwarunkowaniami geopolitycznymi i chęcią realizacji zysków. Jednak zjawisko tzw. „windows dressing” i nadzieje na „efekt stycznia” powinny skutecznie hamować podaż.

To nie był najlepszy tydzień dla giełd. Wynikało to z bliskości ważnych oporów technicznych oraz obaw o sytuację geopolityczną. Trzeba się jednak pocieszać, że mogło być jeszcze gorzej, gdyby nie dymisja sekretarza skarbu Paula O’Neill i Larry Lindseya — głównego doradcy ekonomicznego Białego Domu. Jednego i drugiego Wall Street nie lubiła i nie miała do nich zaufania.

W sobotę Irak miał przedstawić ONZ raport na temat posiadanej broni. Z góry było wiadomo, że nie znajdzie się tam nic na temat broni masowego rażenia. Ari Fleischer, rzecznik Białego Domu powiedział, że USA mają niezbite dowody na to, iż Irak posiada broń masowego rażenia. Przekażą je jednak jedynie ONZ. Zazwyczaj początek wojny jest sygnałem do zakupów akcji. Ale po wcześniejszych spadkach, a nie po wzrostach indeksów z czym mieliśmy teraz do czynienia.

Znów ciekawie robi się na wykresach euro i złota. Widać, że ponownie zbliża się test poziomu 1,013 EUR/USD, którego przełamanie pozwoliłoby na 15-proc. osłabienie dolara. Podobne sygnały płyną z rynku złota. Przełamanie poziomu 330 USD/uncję dałoby minimum 23 proc. wzrost ceny tego metalu. Rynki powoli szykują się do wojny, ale dopóki brakuje zdecydowanych sygnałów, nie ma co podnosić alarmu.

W listopadzie spadł zarówno główny indeks aktywności przemysłu (ISM), utrzymując się poniżej krytycznego poziomu 50, jak i jego ważne składowe. Wzrósł za to ISM w usługach, i to znacznie powyżej 50. Piątkowe dane o bezrobociu były z kolei bardzo złe. Od ponad dwóch miesięcy dziwiłem się odczytom stopy bezrobocia. W grudniu wszystko wróciło jednak do normy, a stopa wyniosła wreszcie „realistyczne” 6 proc. Co ważniejsze, ubyło miejsc pracy w sektorze pozarolniczym, a dane z poprzednich miesięcy ciągle są weryfikowane w dół. Nie jest to optymistyczny obraz gospodarki. Pocieszano się, że to negatywny wpływ strajków na Zachodnim Wybrzeżu. Osobiście nie wykluczam tego, ale zobaczymy jak sytuacja będzie wyglądała w tym miesiącu.

W tym tygodniu odbędzie się posiedzenie FOMC (10 grudnia). Nikt nie oczekuje kolejnej redukcji stóp. Komunikat po posiedzeniu może jednak ruszyć rynkiem. Dane makro będą zgrupowane w ostatnich dwóch dniach tygodnia. W czwartek opublikowana zostanie wielkość sprzedaży detalicznej za listopad. Wall Street będzie z niepokojem czekała na te dane, bo dotychczasowe wartości nie potwierdzały większego ożywienia. W piątek dowiemy się natomiast, jaka była inflacja liczona w cenach producentów (PPI). Miesiąc wcześniej, wskaźnik PPI niespodziewanie wzrósł i to aż o 1,1 proc. Obecna prognoza zakłada, że pozostanie on na niezmienionym poziomie. Gdyby jednak znowu doszło do silnego wzrostu, oznaczałoby to, że ceny surowców zaczynają zmuszać producentów do podnoszenia cen, mimo że w detalu zmieniają się one nieznacznie. To z kolei niekorzystnie wpływałoby na poziom produkcji i zyski. Dowiemy się też, jaki był wstępny odczyt indeksu nastroju Uniwersytetu Michigan.

Zwyczajowo pod koniec roku i po Święcie Dziękczynienia ceny akcji rosną. Jednak w ostatnich miesiącach kursy zwyżkowały bardzo silnie bez żadnych fundamentalnych podstaw, co niejako wyprzedziło „rajd św. Mikołaja”. W mojej opinii również i „efekt stycznia”. Z funduszy — po jednotygodniowym skoku — znowu odpłynęły kapitały. Mimo że nie przykładam większej wagi do rekomendacji wspomnę jednak, że Merrill Lynch zmniejszył rekomendowaną ilość akcji w modelowym portfelu z 50 do 45 proc. na korzyść obligacji. Jest to sygnał, że nawet instytucje, którym zależy na wzroście cen akcji niepokoją się, że kursy są za wysokie. Trudno być więc optymistą.

Podczas ostatnich kilku sesji rzuca się w oczy bardzo mały wolumen wymiany. Duże pieniądze pozostają poza rynkiem. Nic dziwnego – sytuacja geopolityczna pogarsza się, a ataki na McDonalds w Indonezji i Bombaju przypominają, że USA są nadal na celowniku terrorystów. Panuje duża niepewność. Jednak zjawisko tzw. „windows dressing” i nadzieje na „efekt stycznia” powinny skutecznie hamować podaż. Uważam, że o ile nie nadejdą fatalne informacje ze sfery polityki, w tym tygodniu będzie panowała względna równowaga.

Z Polski

Miniony tydzień był bliźniaczo podobny do poprzedniego. Duży wzrost w poniedziałek, a potem spadki. Widać, że część funduszy uważa, że to już koniec wzrostów na świecie. Są jednak instytucje, które chcą jeszcze coś zarobić przed szczytem UE i przed końcem roku. Wielu inwestorów liczy też na tzw. „windows dressing”.

Nasz rynek był jednak silniejszy od parkietów Eurolandu czy w USA. To bez wątpienia rezultat gry spekulacyjnej pod wejście Polski do UE. „Rzeczpospolita” przedstawiła ciekawe porównanie wskaźnika C/Z. Wynika z niego jednoznacznie, że polskie spółki już od dawna nie mają podstaw fundamentalnych do wzrostów. Średni C/Z wynosi 20, kiedy np. we Francji to 16, a w Niemczech 11. Jeśli nawet trudno uwierzyć w niemiecki wskaźnik — oznaczałoby to, że tamtejszy rynek jest mocno niedowartościowany — to i tak widać, że wzrosty naszego rynku są czysto spekulacyjne.

Z sondażu CBOS wynika, że większość Polaków uważa (64 proc.), iż w negocjacjach w sprawie członkostwa w UE interesy Polski nie zostały dobrze zabezpieczone. Bardzo szybko pojawią się więc obawy o trwałość koalicji i o wyniki referendum unijnego. Na razie trwa względna cisza, ale tylko dlatego, że nie można protestować przeciwko czemuś czego się nie zna.

Złoty ostatnio traci na wartości zarówno w stosunku do euro, jak i dolara. To wynik realizacji zysków. Może to skłaniać część inwestorów do zamykania pozycji i realizacji zysków również na akcjach. Osłabieniu naszej waluty niewątpliwie przysłużyło się oświadczenie Ministerstwa Finansów, że w przyszłym roku rozpocznie skup walut na spłatę zadłużenia zagranicznego. Dzięki temu, jeśli nawet złoty nadal będzie się wzmacniał, to jednak dużo wolniej niż dotychczas. Z czysto technicznego punktu widzenia, na wykresie PLN/EUR widać, że od lipca tego roku trwa trend spadkowy waluty Eurolandu. Obecnie górne ograniczenie jest na poziomie 4,04, a dolne na 3,90 zł. Gdyby kanał tego trendu utrzymał się, to za rok mielibyśmy 3,60 PLN/EUR.

Jeśli chodzi o grę pod wejście do UE, można próbować zrobić sobie system wczesnego ostrzegania z węgierskiego indeksu BUX. Utrzymywał się na nim klasyczny kanał trendu wzrostowego. W piątek indeks z tego kanału wyszedł. To sugeruje, że nastąpi ruch powrotny do linii szyi podwójnego dna (7750 pkt). Jeśli indeks odbije się od tego poziomu, będzie to znaczyło, że czeka go wzrost przynajmniej o 14 proc. Jeśli jednak wróci pod ten poziom, że wybicie było jedynie pułapką.

Sprzedaż detaliczna w strefie euro spadła o 2,1 proc. i był to największy spadek od marca 2000 r. Podawany przez Reuters indeks aktywności przemysłowej (PMI) wzrósł do 49,5 z 48,9. Prognoza zakładała, że pozostanie bez zmian i nadal pod poziomem 50 (granica między rozwojem, a cofaniem się gospodarki). W dół ciągnie go indeks aktywności w Niemczech (spadł czwarty miesiąc z rzędu – do 45,6). Za to w sektorze usług trwa stagnacja. Wskaźnik PMI znajduje się niewiele powyżej 50. Nic dziwnego, że Europejski Bank Centralny obniżył stopy, i to o 50 pkt. Z wypowiedzi RPP wynika natomiast jasno, że kolejnej obniżki stóp w Polsce należy oczekiwać dopiero w 2003 r.

Analiza techniczna nie daje jednoznacznych. Na nasz rynek powinny oddziaływać te same czynniki, jakie będą wpływały na rynek amerykański dodatkowo poparte oczekiwaniami na kopenhaski szczyt Unii. Trzeba czekać na sygnały techniczne (sprzedaż to przełamanie 1200 pkt. na WIG 20, zaś kupno to pokonanie 1267 pkt.). Intuicyjnie biorąc, linia trendu w tym tygodniu nie pęknie, ale sygnał zakupu tez nie zostanie wygenerowany. Biorę udział w badaniu „Wskaźnik Koniunktury Rynku Kapitałowego” obliczanego przez GPW. W czwartek miał miejsce pierwszy odczyt. 61 proc. analityków twierdzi, że rynek wzrośnie, a 26 proc., że spadnie (reszta jest neutralna). Przerażająco dużo jest optymistów. W USA byłoby to zdecydowanym sygnałem do załamania rynku. Według mnie, zapaliło się co najmniej żółte światło.