Koniec majsterkowania w rolnictwie

Przepisy położyły kres garażowej produkcji przyczep. To szansa dla producentów, których przytłaczała konkurencja rolników

Który z producentów pojazdów nie chciałby odnotować trzycyfrowego wzrostu? Taki stał się udziałem rolników, którzy na potęgę rejestrowali przyczepy, które… sami wyprodukowali. Do końca maja ich produkcja urosła o 102 proc. (dane Martin & Jacob mierzone liczbą rejestracji w porównaniu z pięcioma miesiącami 2012 r.). W tym czasie tylko jeden z fabrycznych producentów — Pronar — odnotował wzrost sprzedaży (o 18 proc.). Reszta traciła. Wszystko wskazuje jednak, że były to ostatnie takie miesiące.

Zobacz więcej

FOT. FORUM

Zrób to sam

Kres samodzielnej produkcji rolników, która stanowiła około 1/3 całego rynku, położyły zmiany w ustawie Prawo o ruchu drogowym obowiązujące od 22 czerwca. Zgodnie z nimi każda rejestrowana przyczepa musi mieć homologację.

— Dotychczas rolnik kupował części, podwozie zawsze jakieś stare miał, sam składał albo zlecał remont w jakimś zakładzie, a później rejestrował jako produkcję własną. Teraz też tak może zrobić, ale pojazd musi przejść proces homologacji i przez to taka chałupnicza produkcja nie będzie już opłacalna. Stąd też tak duży wzrost rejestracji w ostatnich miesiącach — mówi Michał Poźniak, menedżer z firmy Martin & Jacob, która monitoruje rynek rolniczy. Jego zdaniem, nowe przepisy otwierają rynek profesjonalnym producentom.

— Dotychczas dominowała produkcja własna rolników, zwłaszcza jeśli chodzi o małe przyczepy do 6 ton. Stanowią one 26 proc. całego rynku wartego ponad 200 mln zł. Przyczepa to ostatnia rzecz, którą rolnik kupi. Nie przywiązuje takiej wagi do jej jakości jak w przypadku ciągników. Na pewno największe szanse będą więc mieli ci producenci, którzy postawią na tanie produkty — dodaje Michał Poźniak. Karol Zarajczyk, wiceprezes Ursusa, nie ukrywa, że firmy nie były w stanie znieść takiej konkurencji.

— Do tej pory rynek ten nie wyglądał atrakcyjnie, bo konkurencja przyczep wykonywanych przez samych rolników praktycznie wykluczała opłacalność walki o klienta. Koszty homologacji, badań i rozwoju sprawiały, że jeśli cena przyczepyu producenta wynosiła około 20 tys. zł, to rolnik mógł zrobić podobną za połowę tej sumy — twierdzi Karol Zarajczyk.

Państwo też zyska

Zdaniem Michała Guzowskiego, menedżera z Unii Group, producenta maszyn rolniczych, rynek jest bardzo rozwojowy. — To jest podstawowe narzędzie pracy. W Polsce wciąż rolnicy bazują na starym parku maszynowym, ale wymieniają go na nowy. Ograniczenie rynku alternatywnego w postaci produkcji własnej, która nie spełnia konkretnych norm, sprawi, że rolnik będzie zaopatrywał się u fabrycznych producentów — tłumaczy Michał Guzowski. Według niego, na nowym prawie zyska nie tylko biznes.

— Przede wszystkim zmiana niesie konkretne korzyści dla państwa — z tytułu podatków, które płacą przecież producenci fabryczni, oraz poprawy bezpieczeństwa na drogach dzięki odpowiednim parametrom maszyn, które po nich jeżdżą. Na zachodnich rynkach produkcja własna nie istnieje, więc jest to krok w kierunku unormalizowania rynku — mówi Michał Guzowski. Wiceprezes Ursusa nie spodziewa się jednak zbyt szybko biznesowych efektów zmian przepisów.

— To dla nas szansa, ale w perspektywie długoterminowej. Doświadczenie pokazuje, że mija trochę czasu, zanim informacja o konieczności posiadania homologacji dociera do urzędów rejestrujących i jeszcze sporo przyczep zostanie bez niej zarejestrowanych — dodaje Karol Zarajczyk.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Michalina Szczepańska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu