Koniec nierządu, Polska Belką stoi

Kazimierz Krupa
opublikowano: 2004-06-25 00:00

Premier Marek Belka wygłaszając po raz wtóry exposé, jeszcze jako nominat, pomazaniec pana prezydenta, nie udawał, że treść wystąpienia jest inna, on sam jest inny, wreszcie że jego rząd nie jest taki sam, czy wręcz ten sam co kilka tygodni wcześniej. Z jednym wyjątkiem, ministra zdrowia, bo poprzedni — lekarz — jak zobaczył, w jakim stanie jest służba zdrowia, sam się rozchorował. Jego następca, ekonomista, widocznie ma mniejszą wrażliwość, albo... słabszy wzrok.

Jak to się więc stało, że ten sam, mówiący to samo Marek Belka, i ten sam rząd, nie był dobry kilka tygodni temu, nie nadawał się do rządzenia krajem, a teraz, i owszem, jak najbardziej się nadaje. Ano, dialektyka. W wystąpieniu premiera nie pojawiły się żadne nowe elementy. Można wręcz stwierdzić, że konkretny do bólu ekonomista — profesor, nie ułatwił zadania tym (przede wszystkim „borówkom”), których poglądy tak szybko wyewoluowały. Stwierdził bowiem, że jedynie przypomina, co mówił wcześniej, systematyzuje zagadnienia. Ale, tak naprawdę, mówi to samo. Tym więcej trudu, co było nawet dosyć zabawne, musieli zadać sobie uzasadniający zmianę stanowiska (jak np. marszałek Borowski).

Po tygodniach nierządu mamy więc wreszcie rząd. Rynki finansowe, walutowe, giełdowe przyjęły tę informację z westchnieniem ulgi: nareszcie. Nareszcie można skoncentrować się, choć na chwilę, na produkcji chleba, a nie ciągle rozgrywać igrzyska. Tyle że w tym małżeństwie, zawiązanym nawet nie z rozsądku, ale z desperacji, ze strachu, miesiąca miodowego nie przewiduje się. Już najbliższe dni, tygodnie, każda propozycja rządu przyniosą niekończące się targi, handel, ciułanie głosów poselskich. Jest to tym bardziej niebezpieczne, że — niezależnie od zaufania do prof. Belki — znacznie łatwiej będzie zdobyć poklask dla populistycznych chwytów, nawet bredni, niż oczekiwanych rozwiązań systemowych. Powolna, tym bardziej bolesna, kastracja planu Hausnera, czy uchwalony przez komisję skarbu zakaz prywatyzowania przez ministra Sochę praktycznie czegokolwiek, są tego najlepszym dowodem.

Tymczasem już w pełni umocowany premier mówi, że „jeśli nie będzie miał stabilnej większości, to ten rząd nie ma sensu”. Panie Premierze, nie sądzi Pan chyba, że przekonał Pan 236 posłów swoim błyskotliwym i zaskakującym exposé, że Pana efektowne zwycięstwo to wynik programowej koalicji prorządowej. Przecież „stabilnej większości” to Pan nie ma i miał nie będzie. Pytanie brzmi inaczej: czy ten czas, który upłynie do wyborów parlamentarnych, niezależnie od tego, kiedy się odbędą, będzie stracony, czy też cokolwiek uda się pożytecznego zrobić.