Dobiegają końca prace nad projektem ustawy, która jednym cięciem ma rozwiązać problem kontraktów długoterminowych (KDT) krępujących polski rynek energii elektrycznej. Zespół ds. rynku energii, kierowany przez Marka Kossowskiego, wiceministra gospodarki, pracy i polityki społecznej, finalizuje prace nad dokumentem. Zgodnie z harmonogramem, 24 czerwca, po zakończeniu uzgodnień międzyresortowych, projektem powinien zająć się rząd. Stanisław Dobrzański, prezes Polskich Sieci Elektroenergetycznych (PSE), które koordynowały dotychczas prace nad ustawą, zapewnia, że wszystko przebiega zgodnie z planem i projekt będzie mógł stanąć na posiedzeniu Rady Ministrów w wyznaczonym wcześniej terminie.
Jeśli harmonogram rzeczywiście zostanie dotrzymany, banki zaangażowane w system KDT, jako kredytodawcy energetyki, będą miały szansę zapoznać się ze szczegółami przygotowanego rozwiązania, dopiero gdy rządowe prace nad projektem będą już zamknięte lub bliskie zamknięcia. Tymczasem właśnie na tym etapie mogą zacząć się schody.
W projekt jest zaangażowanych kilkadziesiąt banków, które (głównie w latach 90.) udzielały producentom energii kredytów na inwestycje proekologiczne i modernizacyjne. Zabezpieczeniem pożyczek (a w niektórych przypadkach obligacji emitowanych na rynkach międzynarodowych) były wieloletnie kontrakty na sprzedaż energii (z reguły po bardzo wysokich cenach) zawierane przez wytwórców z Polskimi Sieciami Elektroenergetycznymi (spłata niektórych pożyczek — np. w Elektrowni Opole, była też objęta gwarancjami przez budżet państwa).
KDT gwarantują producentom pokrycie kosztów stałych niezależnie od aktualnej wielkości produkcji. W ten sposób zapewniają im przychody na poziomie umożliwiającym obsługę i spłatę często potężnych zobowiązań. W gronie największych kredytodawców branży są Pekao SA, PKO BP, BPH PBK i BOŚ, a także liczne zagraniczne instytucje finansowe, a w gronie dłużników przodują Elektrownia Turów i Opole.
Na razie banki wypowiadają się o przygotowywanym projekcie z rezerwą, czekając na konkrety. Dopiero przedstawienie przez jego twórców kwot odszkodowań, jakie mają otrzymać pozbawieni kontraktów wytwórcy, stanie się podstawą do ewentualnego renegocjowania umów kredytowych. Według Stanisława Dobrzańskiego, rekompensaty są już wyliczone. Ich wysokość miała być, według założeń, ustalona na podstawie tzw. kosztów osieroconych. Firmy wytwórcze mają otrzymać zwrot tej części kosztów zrealizowanych wcześniej inwestycji, której nie będą w stanie odzyskać w wyniku normalnej gry rynkowej. To oznacza, że wpływ na wynik obliczeń mają prognozy dotyczące kształtowania się podaży, popytu i cen na rynku energii w perspektywie nawet ponad 20 lat — bo taki jest horyzont czasowy najdłuższych KDT. I tu rysuje się potencjalne pole konfliktu z bankami.
— Banki będą dążyły do zminimalizowania swojego ryzyka. Z pewnością przygotują własne prognozy, w których mogą przyjąć inne, bardziej bezpieczne dla siebie, założenia. Takie prognozy dadzą oczywiście inne wyniki i może powstać konflikt dotyczący wysokości odszkodowań — komentuje przedstawiciel jednej z firm doradczych.
To nie koniec problemów. Kredytodawcy będą z pewnością zainteresowani nie tylko wysokością, ale również formą, w jakiej będą wypłacane rekompensaty. W myśl założeń, producenci mają otrzymać odszkodowania w gotówce pochodzącej ze sprzedaży obligacji na rynkach międzynarodowych. Ich emitentem ma być powołana do tego celu spółka, zarejestrowana w Holandii. Papiery mają być zabezpieczone prawem do poboru specjalnej opłaty (tzw. ROS, czyli rekompensacyjnej opłaty systemowej), która ma być uiszczana przy okazji przesyłu energii.
Analitycy branży nie są zgodni w ocenie szans na udaną sprzedaż obligacji. Niektórzy eksperci twierdzą, że banki, które odzyskają gotówkę zaangażowaną w kredyty dla energetyki, chętnie ulokują ją w nowym instrumencie. Sceptycy uważają natomiast, że z ulokowaniem na rynku finansowym emisji wartej kilkanaście miliardów złotych będą poważne problemy — zwłaszcza że ogólna koniunktura gospodarcza jest bardzo niesprzyjająca.
Jeśli dojdzie do wdrożenia projektu, jego realizatorzy muszą być przygotowani także na pesymistyczny scenariusz. Jak wynika z nieoficjalnych informacji, planowane rozwiązanie zakłada, że jeśli nie uda się zdobyć na rynku finansowym całej kwoty potrzebnej na odszkodowania, część rekompensat zostanie opłacona nie sprzedanymi obligacjami.
— To może nie spodobać się bankom ze względu na ograniczoną płynność takich papierów — twierdzi jeden z analityków.
Banki podkreślają też, że producenci energii po likwidacji KDT muszą się liczyć ze wzrostem kosztów finansowych, a to oznacza, że renegocjacja umów kredytowych może nie być łatwa — zwłaszcza jeśli spółki, które otrzymają rekompensaty, nie będą w stanie lub nie będą chciały spłacić całości zadłużenia.
Dotychczas resort gospodarki, który patronuje likwidacji kontraktów, nie poświęcał zaangażowanym w przedsięwzięcie bankom zbyt wiele uwagi. Zorganizowano tylko jedno spotkanie, na którym przedstawiono zarysy koncepcji. Jeśli okaże się, że strony nie są w stanie osiągnąć kompromisu, może dojść do próby siłowego rozwiązania problemu. Stronie rządowej może się to jednak nie opłacić, bo nawet bez sprzeciwu banków ustawę może być trudno przepchnąć przez parlament. A gdyby nawet to się powiodło, ewentualnym niezadowolonym pozostanie jeszcze zaskarżenie ustawy do Trybunału Konstytucyjnego. Zgodność projektowanej regulacji z ustawą zasadniczą wielu ekspertów podawało w wątpliwość już na wczesnym etapie prac. Zwracano uwagę przede wszystkim na niekonstytucyjną ingerencję w umowy cywilnoprawne, jakimi są same KDT i umowy kredytowe.
Jeśli spełniłby się taki czarny scenariusz, na rozwiązanie kontraktów przyszłoby czekać następnych kilka lat. Ucieszyłoby to objętych KDT producentów, którzy wcale nie mają ochoty rozstawać się z gwarantującymi im bezpieczeństwo umowami. Jednak ich radość mogłaby okazać się przedwczesna. Jeśli Polska stanie się uczestnikiem międzynarodowego rynku energii i w pełni wdroży zasadę TPA (umożliwiajacą swobodny wybór dostawcy energii), KDT zostaną na barkach wytwórców, PSE i banków, bo nie będzie komu sprzedać zakontraktowanej drogiej energii.